Dziewięć tysięcy kilometrów od Warszawy, w sercu afrykańskiej dżungli znajduje się niezwykłe i zaskakujące miejsce. To polski cmentarz na którym pochowano 149 naszych rodaków. Skąd wzięli się tak daleko od ojczyzny? Jaka zawierucha historii spowodowała, że spoczęli właśnie tutaj? Kim byli i co się z nimi stało? To temat na film i obszerną książkę, postaram się jednak choć naszkicować ich historię w dzisiejszym krótkim artykule.

Jesienią 1939 roku hitlerowskie Niemcy wraz ze stalinowskim Związkiem Radzieckim napadają na Polskę. Kraj zostaje rozdarty pomiędzy dwóch okupantów: brunatnego i czerwonego. Po obu stronach nowej linii granicznej ludność polska pada ofiarą licznych represji i zbrodni wojennych. Giną tysiące. Szczególną maszynę terroru rozkręca z początkiem 1940 roku roku czerwony oprawca – w lutym 140 tysięcy Polaków, mieszkańców kresów wschodnich, zostaje wyrzuconych z domów, zapakowanych do bydlęcych wagonów i wywiezionych na mroźny, daleki Sybir.

Wielotygodniowej podróży w nieogrzewanych wagonach, w środku zimy, o głodzie i pragnieniu nie przeżyją tysiące z nich. Ci, którzy żywi docierają do celu – do obwodów archangielskiego, irkuckiego, do Komi – stają się niewolnikami radzieckiego systemu łagrów. Pracują w nieludzkich warunkach przy wyrębie tajgi, budowie linii kolejowych, w kopalniach.

Umierają kolejne dziesiątki tysięcy z nich, śmierć zbiera obfite żniwo każdego dnia. Zbrodniczy komunistyczny system nie widzi jednak w tym nic złego – z terenów byłej Polski na daleki wschód jadą kolejne pociągi wyładowane ofiarami kolejnych czystek. Ocenia się, że na sybir wywiezionych w ciągu półtora roku zostaje od 350.000 (dane radzieckie) do miliona obywateli Polski (dane rządu na emigracji)

W czerwcu 1941 dotychczasowi sojusznicy – Niemcy i Związek Radziecki – rzucają się sobie do gardeł. Początkowe ogromne sukcesy Wermachtu powodują, że Stalin szuka na gwałt sojuszników. Już w sierpniu, niecałe dwa miesiące po rozpoczęciu tytanicznych zmagań wojennych, gdy naziści prą niepowstrzymanie w kierunku Moskwy zmiatając z powierzchni ziemi milionowe armie sowietów, dotychczasowy oprawca zgadza się na utworzenie Polskich Sił Zbrojnych. Do tzw. Armii Andersa wstępują Polacy – zesłańcy, syberyjscy karczownicy, więźniowie najstraszliwszych sowieckich gułagów i karcerów.

To droga ucieczki, droga do wolności. Dla wielu jedyna szansa na przeżycie. Ale nie dla wszystkich – czerwoni zabierają dokumenty, cofają zgody, zmuszają ilu tylko się da do zmiany obywatelstwa. Mimo wszystko dziesiątkom tysięcy Polaków (z miliona!) udaje się dotrzeć do miejsc koncentracji formującej się Polskiej Armii.

Dowództwo Polskie formuje pierwsze dywizje piechoty, jednak brakuje kadry oficerskiej. Okazuje się, że wśród zgłaszających się obywateli polskich brakuje oficerów, którzy zostali internowani we wrześniu 1939 roku przez Armię Czerwoną. Rząd Emigracyjny sygnalizuje problem w Moskwie i prosi Stalina o pomoc – o zwolnienie z gułagu zaginionych oficerów, którzy gdzieś tam przecież muszą być przetrzymywani. Stalin odpowiada, że żadnych Polskich oficerów nie ma i nie było. A jeżeli byli, to widocznie uciekli do Mandżurii…

Mimo to z tysięcy sybiraków trwa na południu Rosji organizowanie Polskich dywizji. Stalin chce – zgodnie ze stosowaną w Armii Czerwonej strategią ludzkiej fali – rzucać je pojedynczo na zbliżający się do Moskwy front. Oznaczałoby to ich natychmiastowe unicestwienie. Z najwyższym trudem Gen. Andersowi udaje się przeciwdziałać takiemu rozwiązaniu. Stalin jednak zarzuca naszemu dowództwu brak woli walki i tchórzostwo w obliczu wroga.

Sytuacja z każdym tygodniem zaostrza się, aż nagle – późną jesienią 1941 – Niemcy ogłaszają światu odnalezienie masowych grobów w Katyniu. Znajdują się zaginieni Polscy oficerowie… kilkanaście tysięcy oficerów zabitych strzałem w potylicę. Oto stalinowscy „uciekinierzy do Mandżurii”.

W międzyczasie niemieckie natarcie na Moskwę załamuje się. Rosyjska zima powstrzymuje Wermacht na długie miesiące. Wiosną 1942 roku rusza kolejne niemieckie uderzenie – tym razem na Kaukaz i Stalingrad. W międzyczasie dochodzi do coraz częstszych konfliktów na linii Związek Radziecki – Rząd Polski na emigracji. Rosjanie zatrzymują Polaków wciąż pragnących dołączyć do Armii Andersa, wstrzymują dostawy żywności i broni.

W końcu problem jest tak nabrzmiały, że dalsza współpraca jest niemożliwa. Stalin nie może jednak tym razem rozwiązać problemu w swój ulubiony sposób: nie może kazać wymordować  kilkudziesięciu tysięcy uzbrojonych już częściowo Polaków – zwłaszcza, że uzależniony jest w dużym stopniu od dostaw brytyjskiego i amerykańskiego uzbrojenia, tzw. programu Lend-Lease. Zgadza się więc na wymarsz formujących się wciąż Polskich dywizji na południe, do Iranu.

Armia Andersa zostaje przewieziona przez Morze Kaspijskie, opuszcza tereny dzisiejszego Kazachstanu i Uzbekistanu, i trafia do północnego, a później środkowego Iranu. Wraz z żołnierzami z ZSRR ucieka wielotysięczny tłum dzieci, kobiet, starców. Łącznie do Iranu – wg różnych ocen – przedostaje się 40 tysięcy polskich żołnierzy oraz ponad 77 tysięcy cywilów. Sowieci zamykają granicę i kolejne dziesiątki tysięcy pozostają po drugiej stronie Imperium Zła. Z nich za rok rozpocznie się formowanie nowej – tym razem już komunistycznej – Polskiej Armii Generała Berlinga.

Towarzyszący Armii Andersa cywile są w bardzo złym stanie. Pobyt w gułagach, niewolnicza praca, głód i mróz odciska śmiertelne piętno na uchodźcach. Umierają setkami z wyczerpania i chorób. Z tych, których udaje się przywrócić do zdrowia formowane są kolejne jednostki wojskowe – jako 2 Korpus Polski zapiszą one wkrótce chlubną kartę Wojska Polskiego zdobywając Monte Cassino.

Co zrobić jednak z dziesiątkami tysięcy towarzyszących wojsku dzieci, kobiet i mężczyzn – zbyt chorych, by można ich było wcielić do wojska? Z pomocą przychodzą Brytyjczycy, nad których kolonialnym imperium – choć uginającym się pod ciosami Niemiec, Włoch i Japonii – wciąż nie zachodzi nigdy słońce. Dzielą cywilów na grupy liczące po kilkaset lub kilka tysięcy osób, i wywożą ich w bardziej bezpieczne regiony, z dala od pożogi wojny.

Jeden z takich obozów dla Polskich uchodźców zostaje zorganizowany w Afryce Wschodniej – w Brytyjskiej Tanganice, w dzisiejszej kontynentalnej Tanzanii. Kilkaset kilometrów na zachód od wybrzeża Oceanu Indyjskiego, pośrodku dzikiej dżungli powstaje obóz do którego w latach 1942-1950 trafia ponad pięć tysięcy ocalonych z Sybiru Polaków. Docierają tu przez Iran, przez Indie, przez Bliski Wschód.

Łącznie przez takie egzotyczne obozy rozsiane po całej południowej i wschodniej Afryce przewija się 18 tysięcy naszych rodaków. Największym ich osiedlem staje się Tengeru, niepozorna wieś oferująca wspaniały widok na najwyższą górę Afryki – Kilimandżaro. Polacy są wykształceni, są wśród nich lekarze, urzędnicy, inżynierowie. Rozbudowują więc swój obóz, powstają kościoły, szpitale, budynki użyteczności publicznej – szkoły, sierocińce, gimnazjum. Jako społeczność starają się być samowystarczalni: uprawiają ziemię, sadzą rośliny, uzdatniają wodę do picia.

Jednak afrykańskie warunki są ciężkie. Wysoka temperatura, zarazki, niebezpieczeństwa charakterystyczne na dżungli sprawiają, że wyczerpani wędrówką przez pół świata uchodźcy z Polski umierają. Powstają więc także cmentarze.

Funkcjonuje chór, teatr, drużyny harcerskie. Świat płonie w ogniu wojny, a Polskie Tengeru coraz bardziej przypomina małe europejskie miasteczko. I tylko palmy oraz soczyście zielone bananowce przypominają im, że od rodzimego kraju dzielą ich tysiące kilometrów.

Wojna w końcu wygasa. Brunatna krwawa potęga zostaje pokonana, ale druga – czerwona – jest po stronie zwycięzców. W 1947 roku opinia publiczna coraz mocniej domaga się likwidacji obozów uchodźców rozsianych po Afryce. Akcja ich likwidacji trafia także w Polskie społeczności. Do Tengeru – najliczniejszego i największego obozu – przewożeni są mieszkańcy likwidowanych miejsc nie tylko z Afryki, także z Indii. Trafiają tu także tysiące dzieciaków, często sierot, które urodziły się już na afrykańskim kontynencie. 

Władze Polski Ludowej żądają powrotu wszystkich obywateli do nowej Polski. Jednak na taki krok odważają się tylko nieliczni. Zbyt wiele przeszli od czasu wywiezienia ich bydlęcymi wagonami z kresów, by teraz wierzyć w jakiekolwiek zapewnienia o bezpieczeństwie. Tysiące rozjeżdżają się więc po świecie korzystając z pomocy oferowanej przez różne organizacje międzynarodowe. Z Afryki trafiają do Kanady, Włoch, Ameryki, Australii. Wieczni tułacze.

Wielu postanawia jednak pozostać w Tanzanii, w swojej nowej ojczyźnie. Żyją tu przez kolejne dziesięciolecia. Pozostał po nich do dziś niezwykły polski cmentarz, który widzicie na zdjęciach dołączonych do tego artykułu. Na „Cmentarzu wygnańców polskich” swój koniec znalazło 149 osób. Ostatnia mieszkająca tutaj Polka została pochowana w 2007 roku, a ostatni polak-tułacz 18 marca 2015. Był to Pan Edward Wójtowicz, który do końca opiekował się cmentarzem i grobami rodaków. Tutaj na wieczny odpoczynek spoczęła także jego matka i żona. 

Gdy Pan Edward został wywieziony wraz z rodziną bydlęcym wagonem na Sybir, miał zaledwie dziesięć lat. Gdy w 1990 roku Tanzanię odwiedził Jan Paweł II tutejszych Polaków było jeszcze pięćdziesięciu. Nigdy nie wrócili do kraju. Ci, którzy postanowili wrócić na przełomie lat 50-tych jak opowiadano trafili z powrotem do ZSRR. 

Dziś cmentarzem opiekuje się Simon Joseph – Tanzańczyk, którego jeszcze ojciec zajmował się utrzymywaniem porządku wraz z Polakami. Spotykamy go pod zamkniętą na kłódkę bramą na cmentarz. Przez chwilę martwimy się, że nie uda nam się wejść do środka ale natychmiast rozwiewa nasze obawy. Biegnie do domu po klucz i wpuszcza nas do środka. Opowiada historie przekazane przez ojca, pokazuje groby ostatnich Polaków. Obiecuje, że będzie dbał zawsze o to miejsce tak jak robi to jego rodzina przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

Cmentarz jest pięknie odnowiony. Znajduje się poza głównymi drogami i ostatnie kilkaset metrów najlepiej do niego dojść pieszo wśród pięknej i bujnej afrykańskiej zieleni. Wewnątrz panuje przyjemny cień rzucany przez zasadzone przez naszych rodaków egzotyczne drzewa. Każdy nagrobek jest pięknie odrestaurowany, zadbany, „wychuchany”. Nie ma żadnych graffiti, żadnych śmieci, żadnych napisów „uchodźcy precz z Afryki”. Każdy wycierający sobie twarz nacjonalistycznymi epitetami powinien zobaczyć to miejsce. My też byliśmy uchodźcami. To Polski kawałek historii wewnątrz Afryki.

Na cmentarzu znajduje się malutka sala pamięci. Polskie władze sfinansowały remont, ale okolica jest zadbana dzięki staraniom lokalnych mieszkańców. Znajdujemy pamiątkową księgę odwiedzin a w niej wpisy setek Polaków, którzy dotarli tutaj przed nami. Świat jest zamrożony przez pandemię koronawirusa, ale my ze zdziwieniem spostrzegamy, że pomiędzy 1 stycznia 2021 a datą naszego przybycia 7 marca 2021, do książki odwiedzin wpisało się aż 128 osób z Polski. Prawie dwie dziennie.

Ta historia nie umarła. Wpisujemy się jako 129 i 130 osoby które dotarły tutaj wygodnie, samolotem. Ci, którzy tutaj spoczywają pokonali na swej drodze epickie tysiące kilometrów: w bydlęcych wagonach, w mrozach Syberii, przez Kazachstan, Iran, Ocean Indyjski i przez pół Afryki. Dotarli tu na własnych nogach i tu znaleźli koniec swego życia.

Cześć Ich Pamięci.

Cmentarz znajduje się pod ścisłą opieką Ambasady RP w Dar es Salaam, która zapewnia opiekę i wymagane remonty także na innych cmentarzach polskich wygnańców rozrzuconych po całej Tanzanii: w Kinondoni w Dar es Salaam, w Bigwa, w Kondoa oraz w Ifundzie w głębi kraju. Ambasada RP, MSZ RP oraz MKiDN RP realizują także wieloletni program renowacji oraz finansowania opieki nad tymi obiektami. Cmentarz został wyremontowany w 2018 r. – prace obejmowały m. in. naprawę nagrobków i muru okalającego, zabezpieczenie go przed deszczem i odmalowanie oraz stworzenie systemu odprowadzania nadmiaru wody z okolic cmentarza podczas pory deszczowej. Remont został sfinansowany głównie ze środków polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (częściowo także ze środków MSZ). Informacja o renowacji znajduje się na tablicy historycznej umieszczonej bezpośrednio przed cmentarzem.