Czytając materiały prasowe oraz oglądając stronę internetową imprezy rzeczywiście można odnieść wrażenie, że z takimi kartami w talii nie da się przegrać. Większość organizatorów marzy o tym, żeby mieć choć jednego asa w rękawie aż tak wielkiego kalibru. No bo pomyślcie: oparlibyście się pokusie pobiegnięcia wzdłuż Morza Martwego? Trasa maratonu przebiegająca przez najniżej położone miejsce pod nieboskłonem? Przecież to są hity działające na wyobraźnię każdego biegacza z mocą narkotyku. Ja dałem się na nie nabrać w 2019 roku.
Jeszcze podczas zapisów wyszło na wierzch pierwsze dziwadło: główny dystans imprezy to 50 kilometrów. Jest oczywiście także klasyczny półmaraton i bieg na 10 kilometrów, ale maratonu brak. Być może – pomyślałem – dystans ten wynika właśnie z atrakcji zaplanowanych na trasie; może 42 kilometry to za mało, by dobiec tam, gdzie wymarzyłem? Zdradzając zakończenie (spoiler) od razu przyznam, że byłem w błędzie. Nawrót na 25 kilometrze trasy tego biegu znajduje się zupełnie nigdzie, w absolutnie niewyróżniającym się miejscu, pośrodku autostrady – i to takiej, na której przez wiele kilometrów nic bardziej widowiskowego poza kępami krzaków nie było.
Nie biadolę jednak nad tym; ktoś po prostu wymyślił sobie, że chce organizować bieg na 50 kilometrów – i tyle. Przecież wiedziałem na co się piszę – na ultra, a nie na królewski maraton. Za to drugi element zawiódł mnie już o wiele mocniej: chodzi o samo wyznaczenie trasy. Ultra maraton w swojej nazwie ma „Dead Sea„, co sugeruje, że odbywa się nad Morzem Martwym. To chyba oczywiste skojarzenie: jeżeli impreza nazywa się Maraton Leśny, to rozgrywana jest w lesie a nie na osiedlu mieszkaniowym, a Bajkal Maraton – na jeziorze Bajkał a nie w odległym o kilkadziesiąt kilometrów Irkucku…
W Jordanii do nazwy organizatorzy podeszli jednak nieco bardziej twórczo. Otóż trasa ultra maratonu (pozostałych dystansów także) wiedzie wprawdzie WZDŁUŻ Morza Martwego, ale w odległości kilku kilometrów od brzegu. Jedynie na obszarze startu i mety (zlokalizowanych w tym samym miejscu) wyciągając wysoko głowy można dostrzec majaczące w oddali niebieskie lustro morza, położone od pięciuset do tysiąca metrów od trasy biegu. Zobaczyć więc biblijny akwen można tylko na pierwszych czterech kilometrach trasy (ale start jest w nocy, więc i tak nic nie widać) oraz na finiszowych czterech kilometrach. Wbrew nadziejom uczestników nie ma na imprezie żadnych spektakularnych widoków, a mówiąc szczerze – to nie ma nawet przeciętnych.
Kolejną porażką na liście okazała największa na świecie depresja, czyli miejsce powierzchni ziemi położone najniżej w stosunku do poziomu wszechoceanu. Na jednym z fragmentów trasy organizatorzy sprezentowali nam kilku kilometrowy odcinek po starym lotniskowym pasie startowym, wyłączonym już dawno z użytkowania, który wiedzie dokładnie do tego miejsca – do leżącej 433 metry pod powierzchnią oceanu depresji. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że… zawracaliśmy niecały kilometr przed celem. Choć dałoby się w tym miejscu dobiec do wybrzeża Morza Martwego, to trasa zawracała. I ponownie: nie dlatego, że wyszłoby więcej kilometrów niż planowane 50; później będą jeszcze nikomu niepotrzebne nawrotki dołożone właśnie po to, by trasa nie była za krótka.
Na koniec mijamy miejsce, w którym prorok Jan Chrzciciel dokonywał swoich obrzędów – w odległości około trzech kilometrów od trasy. Zamiast jednak skręcić w lewo, biegacze nadal tłuc się muszą prosto asfaltową autostradą zupełnie bez sensu na północ; tam, gdzie po kilku kolejnych kilometrach jest nawrót. Owa autostrada zresztą śnić się może po nocach, bo to właśnie nią poprowadzone jest 90 procent trasy biegu. Puste, nijakie, rozpalone do czerwoności wielokilometrowej długości odcinki asfaltu to jedyne, co zapamiętałem z tego ultra maratonu.
Nie oznacza to oczywiście, że bieg jest źle zorganizowany. Technicznie rzecz ujmując, wszystko jest w porządku – nawet wielbłądy wchodzące w drogę biegaczom da się wymijać bez narzekania; ot, lokalny smaczek. Niemniej zawód polega na tym, że z wielkiego apetytu spadł mały deszczyk, zaledwie kapuśniaczek. Mogło być epicko, a było przeciętnie.
Sześć lat minęło od mojego startu w Dead Sea Ultra Marathon 50k w Jordanii. Dziś wróciłem na blogu do tej imprezy ze względu na fakt, że za sześć tygodni znowu będę miał okazję wystartować w tym kraju; tym razem w nocnym maratonie po pustyni Wadi Rum. Organizatorzy tego biegu reklamują się sloganem, że ich impreza należy do stu najbardziej niezwykłych wydarzeń na świecie. Czy się znowu zawiodę? Wkrótce się dowiem.