Zbudowana w latach 1879-1881 Himalajska Kolej Górska (Darjeeling Himalayan Railway) to jedna z najsłynniejszych, i najbardziej malowniczych kolei świata. Powstała za czasów panowania w Indiach Imperium Brytyjskiego, w czasach kiedy nad tym największym na świecie imperium kolonialnym „nigdy nie zachodziło Słońce”.

Stolica Wicekrólestwa Indii znajdowała się w mieście położonym na południowym-wschodzie Bengalu – w Kalkucie. Jednak panujący w tamtych regionach niezdrowy klimat – na zmianę tropikalny i monsunowy – nie sprzyjał europejskim elitom. W poszukiwaniu ulgi, zwłaszcza podczas upalnych letnich miesięcy, Brytyjczycy kierowali swój wzrok ku obiecującym chłód terenom wznoszącym się na dalekiej północy kraju. To tam miliony lat temu subkontynent indyjski zderzywszy się z Azją dał początek najwyższemu łańcuchowi naszej planety – Himalajom.

U podnóża Himalajów zbudowano miasto, które stało się wkrótce letnią siedzibą władz Królestwa Indii – Dardżyling. Wybudowano wspaniałe pałace i domy, przypominające do złudzenia londyńskie posiadłości. Liczne świadectwa tamtych czasów pozostały zresztą w mieście do dziś. Brytyjscy urzędnicy, pracownicy, inżynierowie – wszyscy chętnie zatrzymywali się w górach, odpoczywając i regenerując siły po miesiącach spędzonych w oferującej tylko pot i malarię Kalkucie. Pozostawał jednak problem komunikacji z oddaloną o kilkaset kilometrów stolicą. Gdy w drugiej połowie XIX wieku cały świat oszalał na punkcie nowego wynalazku – kolei żelaznych – Brytyjczycy postanowili rozwiązać problem owej odległości i zbudować linię kolejową łącząca oba miasta.

Wyzwanie podzielono na kilka etapów. Najciekawszym z nich stał się ostatni z nich: ciągnąca się na długości 86 kilometrów linia z Siliguri. Ze względu na ówczesne realia została ona zbudowana jako 1-torowa linia wąskotorowa, o niezwykłym, liczącym zaledwie 61 cm, rozstawie szyn. W powodu „rozmiarów” całego pociągu skład zdobył nieoficjalną nazwę pociągu-zabawki. Pracujący przy budowie inżynierowie mieli przed sobą nie lada wyzwanie: musieli pokonać różnicę wysokości wynoszącą ponad 2300 metrów. Poradzono sobie z tym doskonale, a dzięki pomysłowemu systemowi torów udało się wprowadzić duże oszczędności i uniknąć wiercenia licznych tuneli oraz stawiania wymagających ciągłego nadzoru mostów.

Co jednak najbardziej niezwykłe linia ta w praktycznie niezmienionej formie funkcjonuje do dziś. Wąskotorowe pociągi – zarówno osobowe jak i towarowe – nadal każdego dnia wyruszają ze stacji położonych wzdłuż linii kolejowej zapewniając komunikację z przedmurzem Himalajów i indyjskim regionem Sikkim.

Uwierzcie mi, podróż tym niezwykłym pociągiem zasługuje na wpisanie na listę nowych Siedmiu Cudów Świata. W trakcie jazdy cofamy się w czasie o ponad sto lat, do serca Epoki Wiktoriańskiej. Podczas podróży trasę potrafią przeciąć słonie, nagłe osuwiska górskich zboczy, niespodziewane remonty czy zepsute samochody. Po dachach wagonów biegają małpy, a okoliczni mieszkańcy na przystankach oferują herbatę – w wątpliwej czystości kubeczkach. Wszystko jakby żywcem przeniesiona z nieistniejącej już epoki. Wystarczy wyjrzeć przez okno wagonu by podziwiać widoki, które półtora wieku temu podziwiali brytyjscy podróżni czasów kolonii.

Teoretycznie pociąg swoją 86 kilometrowej długości trasę pokonuje w 10 godzin, a więc jedzie nieco wolniej niż biegnący człowiek. W praktyce jednak często się spóźnia i podróż zajmuje mu więcej czasu. Jednak tym razem opóźnienia nie wzbudzają naszych protestów, moglibyśmy tak jechać cały dzień. Pociąg zatrzymuje się na kilku stacjach, niezwykle malowniczych, mających w sobie lokalny urok. W środku dżungli, nad brzegiem górskiej rzeki, w gwarnym, górskim mieście Kursong. Tuż po zmroku docieramy do stacji końcowej w Dardżyling na której podziwiać możemy stare parowozy. Stare, ale pracujące i wciąż trzymane pod parą. Obraz jadącego środkiem drogi pociągu na długo pozostaje w pamięci.

Niestety tym razem szczęście nam nie dopisało – nasz skład ciągnięty był przez spalinową lokomotywę. A tak bardzo chcieliśmy trafić na lokomotywę parową, której zdjęcia widzieliśmy w Internecie! Na pocieszenie udało się nam zajrzeć zarówno do środka lokomotywy, jak i porozmawiać z lokalnymi podróżnymi. W całym pociągu poza nami było jeszcze tylko troje innych europejczyków. Ale i dla jadących z nami hindusów podróż była wielką przygodą.

Na długo pozostanie mi w pamięci humorystyczne wydarzenie którego byłem mimowolnym współuczestnikiem. Obok nas jechało hinduskie małżeństwo, chyba niezbyt dawno zaślubione gdyż wciąż trzymali się za ręce. W pewnej chwili pociąg zatrzymał się na niewielkiej stacji, i wszyscy wysiedliśmy by rozprostować kości. Wszyscy – z wyjątkiem młodej hinduski, która właśnie ucinała sobie krótką drzemkę. Postój był jednak bardzo krótki, i natychmiast pociąg ruszył dalej – tak nagle, że musieliśmy wskakiwać do wagonu w biegu. Towarzyszący nam hindus wszedł do malutkiej łazienki znajdującej się w wagonie… czego jednak nie zauważyliśmy.

Po chwili hinduska otwiera oczy, i zaczyna się rozglądać za swoim mężem. Pyta na głos „gdzie jest mój mąż?” Nie umiemy odpowiedzieć. Wtedy nagle ona zrywa się z siedzenia, łapie bagaże i wraz z nimi wyskakuje z jadącego pociągu! Całe szczęście jechał on w swoim spokojnym, żółwim tempie około 7-10 km / godzinę. Dosłownie kilka sekund po tym otwierają się drzwi łazienki, a zdziwiony hindus pyta: „gdzie jest moja żona?”

Całe szczęście udało się po kilkuset metrach zatrzymać pociąg i małżeństwo znów było razem. Tematu do śmiechu wystarczyło za to na kolejne dwie godziny jazdy. Dopiero wiele miesięcy później dowiedziałem się, że w Indiach dość często dochodzi do sytuacji gdy małżonek porzuca swoją żonę zaraz po skonsumowaniu związku, często właśnie podczas podróży poślubnej…