Skąd się biorą rzeki? Na pierwszy rzut oka odpowiedź jest dość prosta: zanim rzeka stanie się wielką rzeką, jest rzeczką. Wcześniej strumieniem. A jeszcze wcześniej malutkim strumyczkiem. Taki strumyczek ma swój początek – w zależności od regionu – albo u stóp topniejącego lodowca, albo na jakimś leśnym grzęzawisku. Malutkie strumyczki łączą się w strumienie, te w rzeczki, i tak dalej, i tak dalej… Czasem jednak bywa inaczej: rzeka wybija niespodziewanie z podziemi od razu ukształtowana. Takie miejsce nazywa się wywierzyskiem. Jedno z takich wywierzysk znajduje się w Bośni i Hercegowinie, 13 kilometrów na południe od Mostaru. I o nim właśnie będzie dzisiejsza opowieść.

Nazwa wioski Blagaj większości osób raczej nic nie mówi i z niczym się nie kojarzy. Ale gdy spojrzycie na zdjęcie tego miejsca – samotny turecki klasztor wznoszący się u stóp pionowo opadającej do rzeki skały – od razu skojarzycie. To miejsce jest jedną z najsłynniejszych atrakcji Bośni i Hercegowiny. Soczysta zieleń, ogromna skała i… szeroka rzeka wystrzeliwująca wprost z niewielkiej jaskini. To jedno z najczęściej fotografowanych miejsc na całych Bałkanach.

Źródło rzeki znajduje się głęboko, w trzewiach góry. Wywierzysko jest bardzo wydajne; rzeka od razu ma kilkanaście metrów szerokości, a jej rwący (i krystalicznie czysty!) strumień, opada kaskadami na kilku niewielkich wodnych progach. Jeszcze w latach 90-tych miejsce było niemal zapomniane, ale po zakończeniu  bałkańskich wojen domowych szybko zdobyło dużą popularność wśród zagranicznych turystów.

Stojący nad samym źródłem klasztor zbudowali Turcy mniej więcej w połowie XVI wieku. Miejsce odosobnienia znalazła tutaj bractwo derwiszów – XIII wieczny zakon muzułmański charakteryzujący się niezwykłymi zwyczajami. Jednym z nich jest „wirujący taniec” – forma medytacji, w którą wchodzą tancerze podczas wykonywanych skomplikowanych figur: w tym słynnego, niezwykle szybkiego wirowania wokół własnej osi.

W wiosce Blagaj tańczących derwiszów od dawna już nie ma. W pozostałościach po ich klasztorze znajduje się za to skromne (i ciasne!) muzeum historyczne opisujące ich dzieje. Niewiele tutaj eksponatów, a największą korzyścią z zakupu biletu jest… możliwość wyjścia na niewielki ganek tuż przy skale. Można wtedy spojrzeć na wydobywającą się z podziemi rzekę.

Na jednym z podróżniczych blogów przeczytałem, że „jest to miejsce, w którym nie sposób zepsuć zdjęcia”. I muszę się z tym zgodzić. Miejsce jest absolutnie bajeczne, a gdy stoi się przy samej skale – wręcz magiczne. Opadająca pionowo w dół ponad stumetrowej wysokości skała przytłacza, a błękit krystalicznie przeźroczystej  wody jest niepowtarzalny. I to tyle jeżeli chodzi o zachwyty. Teraz czas na… cyrk!

Co to za cyrk? To pomysłowy sposób zarobku „na turystów”, stworzony przez lokalnych mieszkańców wioski. Postanowili oni zarabiać na ciągnących licznie do słynnego źródła ciekawskich. W samej chęci zarobku nie ma oczywiście nic złego, dopiero jego forma pozostawia pewien niesmak. O co chodzi?

Wjeżdżając samochodem do wioski jesteśmy dość skutecznie „zganiani” na duże klepisko znajdujące się jakieś 500 metrów od źródła rzeki. Panowie w uniformach i kamizelkach odblaskowych, sprawiający wrażenie Straży Miejskiej, nie pozostawiają nam złudzeń gdzie należy zaparkować. Dopiero gdy wysiądziemy i kierujemy swe kroki do klasztoru okazuje się, że „klepisko” jest w rzeczywistości prywatnym parkingiem. Płatnym. Koszt: około 3 Euro. Oczywiście możemy się wycofać i wrócić po auto, ale należy wtedy przygotować się na awanturę. Spokojnie zaparkować możecie we wsi, choć będzie to bardzo niemile widziane przez „panów z ochrony”. Okrzyczą Was, że nie wolno. Ale wolno.

Sprawa z parkingiem nie jest jednak na tyle gardłowa, by warto było się nią przejmować. Zapłaćcie dla świętego spokoju. Prawdziwy cyrk zaczyna się pod samą skałą – w najbardziej obleganym przez turystów miejscu. Tutaj właśnie, w niewielkiej niszy, źródło rzeki wybija z podziemi. Przy samym budynku byłego klasztoru. Owa nisza w skale jest tak pechowo usytuowana, że stojący na brzegu turyści nie widzą co jest w jej wnętrzu; wydaje się, jakby był do początek głębokiej jaskini. Turystyczna wyobraźnia dopowiada sobie to, czego nie widać.

Ciekawość turystów postanowił wykorzystać lokalny przedsiębiorca: przeciągnął nad rzeką linę, której jeden koniec zakotwiczony jest na brzegu, a drugi – niewidoczny – wewnątrz „jaskini”. Do jej środka kursuje napędzany wiosłem ponton, do którego pakowani są ciekawi niezwykłego wnętrza turyści. Bilet kosztuje 2 euro od osoby (około 10 złotych), wycieczka trwa około 15 minut, a ponton upychany jest „na full”; po 10-12 osób na raz.

Co w tym złego? Nic! Wesoło się robi dopiero wtedy, gdy pełen turystów ponton dociera do „jaskini”. Okazuje się, że wcale jej tutaj nie ma! Nisza ma zaledwie kilka metrów głębokości; miejsca w środku jest tyle, co w niewielkim salonie. Nie ma tu nic. Sama skała.

Żeby interes się kręcił, sprytni przedsiębiorcy odpychają teraz ponton w prawo… tak, by znikł on z pola widzenia czekających na swój „rejs” kolejnych turystów. Z brzegu wygląda to tak, jakby ponton wpłynął do wnętrza jaskini. W rzeczywistości przez 10 minut „przewodnicy” trzymają pełen ludzi ponton na zaciągniętym hamulcu przytulony do jednej ze ścian skały. Tak, by był on niewidoczny z brzegu.

Po 10 minutach takiego cyrku ponton wraca wzdłuż liny na brzeg, turyści są wypakowywani, a na ich miejsce wsiadają następni. Kolejka potrafi być długa, pechowcy na swoją „wycieczkę” czekają czasem i 60 minut! Jak łatwo policzyć, zarobek pomysłowych przedsiębiorców wynosi około 400-500 złotych na godzinę. A co najlepsze – jest to zarobek zupełnie za nic.

Ta prosta sztuczka oparta na ludzkiej ciekawości jest niezwykle skuteczna. Patrząc na znikający w ciemnej jaskini ponton sam nie mogłem oprzeć się pokusie. Nikt z nas nie zwracał uwagi na miny wracających „z wycieczki” – tak bardzo chcieliśmy się dopchać do swoich miejsc. Piętnaście minut później to my wracaliśmy z minami w podkowę o ujemnym wzniosie. Ale starający się zająć nasze miejsca kolejni turyści już napierali. Istne pontonum-perpetolum-mobilum 🙂

Mimo wszystko miejsce jest przepiękne i magnetyczne. Polecam każdemu jako obowiązkowy punkt zwiedzania Bośni i Hercegowiny. Ponton możecie sobie odpuścić, choć ze względu na niską cenę tej atrakcji zrozumiem, jeżeli tego nie zrobicie. Wszak 2 euro to niewiele, nawet w zamian za spędzenie 10 minut  zupełnie nigdzie. Ale 4-osobowa rodzina zapłaci już 8 euro. Więc może warto wysłać najpierw jedną osobę na zwiady? Wywierzyska – czyli wypływu wody ze skał – też nie widać. By je zobaczyć musielibyście głęboko zanurkować… ale wtedy raczej byście się utopili, niż coś zobaczyli. Warto też wiedzieć, że obowiązuje tutaj zakaz pływania i wchodzenia do wody. 

Na szczycie góry spod której wybija rzeka, znajduje się zamek Stary Blagaj. Chyba warto go zwiedzić. Choć nie wiem tego na sto procent. Do zamku prowadzi wąska i długa ścieżka w górę – na oko dwa kilometry wymagającego marszu. Dopiero po powrocie do Polski zobaczyłem na mapie, że można było na szczyt dojechać także wygodnie… samochodem.

Niezwykłe wywierzyska – miejsca, w których rodzą się rzeki – znajdziecie także w Polsce. Takie źródła znajdują się w Tatrach: w Dolinie Kościeliskiej, w Bystrej. Goryczkowe, Chochołowskie. Także na Górze Świętej Anny. Nie są one tak obfite jak największe wywierzyska na świecie, ale sam mechanizm można obejrzeć i w naszym kraju.

Jedno z największych i najbardziej widowiskowych wywierzysk na świecie znajduje się w Czechach, zaledwie 200 km od Katowic. Mowa o Przepaści Macochy i źródłach podziemnej rzeki Punkvy. O tym możecie przeczytać na moim blogu – TUTAJ

Wywierzyska są miejscami niebezpiecznymi i nie należy w nich pływać. Ani tym bardziej nurkować. W jednym z takich wywierzysk nieomal nie zginąłem w Afryce, podczas podróży po Tanzanii. Tam podczas nurkowania… prawie zjadł mnie 5-metrowy krokodyl. Ale to historia na zupełnie inną opowieść.

Zdjęcia: Andrzej Szwagier Sawiński.