Wyobraźcie sobie przepaść rozciągającą się u Waszych stóp. Pionowe skały opadają na głębokość 138 metrów. Na dnie znajdziecie niewielkie jeziorko, o głębokości kolejnych, bagatela, 50 metrów. Strumień przepływający przez oczko wodne niknie po chwili pomiędzy skałami… Wpada on do podziemnej rzeki przemierzającej w ciemnościach trzewia góry na której właśnie stoicie. Co niezwykłe – dzięki systemowi jaskiń możecie zejść na samo dno tego niebywałego zapadliska, a potem podążając wąskimi tunelami możecie dotrzeć do podziemnej rzeki. Możecie wsiąść do specjalnej łodzi i spłynąć nią aż do miejsca, w którym rzeka wydostaje się na powierzchnię. A co najbardziej zaskakujące: nie musicie jechać na koniec świata, by to wszystko zobaczyć. Ten cud natury znajduje się w Czechach, zaledwie dwieście kilometrów od Katowic.

Przepaść Macochy, bo o niej mowa, wraz z podziemną rzeką Punkvy stanowi jedną z najciekawszych naturalnych atrakcji turystycznych Czech. Tutaj, na obszarze tzw. Krasu Morawskiego, na powierzchni zaledwie 94 kilometrów kwadratowych znajduje się aż 1600 jaskiń. Pięć z nich zostało udostępnionych zwiedzającym – zainstalowano oświetlenie, wygodne chodniki oraz zadbano o przewodników opowiadających turystom o podziemnym świecie. Najjaśniejszą perłą w tej koronie jaskiń jest Przepaść Macochy – oraz system jaskiń leżący u jej stóp.

Nad przepaść możecie bez problemu dojechać samodzielnie. Z niewielkiego miasteczka „Ostrov u Macochy” wiedzie tam asfaltowa, skryta w cieniu lasu droga. Serpentyną wspinacie się kilkadziesiąt metrów w górę, i zostawiwszy samochód na obszernym, wygodnym parkingu (cena parkowania to kilka złotych) – podążacie dalej pieszo. O tym, że jesteśmy na miejscu, świadczy szlaban i pachołki zagradzające dalszą drogę. Dwieście metrów od parkingu znajduje się centrum ruchu turystycznego – poza biletami do parku oraz do jaskiń, kupicie tutaj także liczne pamiątki. Możecie odpocząć oraz spojrzeć po raz pierwszy w dół przepaści – z tzw. górnego mostka. Widok jest dość przeciętny gdyż perspektywę otchłani zasłaniają liczne drzewa. Jednak pomimo tego, już tutaj może się zakręcić się wam w głowie!

O wiele lepszy widok rozpościera się z „dolnego mostka”, z kolejnej platformy położonego kilkaset metrów dalej. Prowadzi do niego leśna ścieżka i kilkaset schodków. Nie sposób zabłądzić – wystarczy iść albo za oznakowaniami turystycznymi, albo za innymi turystami, których tutaj nigdy nie brakuje. Schodzimy kilkadziesiąt metrów w dół. Pomimo tego, że jesteśmy niżej, to wciąż nie dostrzegamy dna przepaści. Za to widok na wiszący nad przepaścią górny mostek – na którym dopiero co staliśmy – przyprawia o dreszcze 🙂

Niestety dalszej drogi na dół nie ma. By dotrzeć na dno przepaści musimy skorzystać z drogi prowadzącej przez system jaskiń.

Wejście do podziemi znajduje się około półtora kilometra dalej. Można tam dotrzeć na trzy sposoby; niemniej najpierw musimy kupić bilety. A z tymi nie jest tak łatwo. O ile bez problemu kupimy bilety zwykłe, to jeżeli będziemy chcieli skorzystać także z przeprawy podwodną rzeką – musimy zaplanować naszą wycieczkę nieco wcześniej.

Pierwszą możliwością jest rezerwacja biletów przez internet. Możemy wtedy wybrać dzień oraz godzinę wstępu i „rejsu”. Niestety w takiej sprzedaży jest dostępna tylko określona część biletów. Powoduje to, że nieraz trzeba rezerwacji dokonywać nawet w kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Możliwe jest także kupno biletów na 2-3 dni przed terminem, ale wtedy zwykle są już dostępne tylko pojedyncze bilety na niektóre godziny. Koszty to 40-60 złotych od osoby (w opcji z „rejsem”)

Druga możliwość to pojawienie się przy kasach biletowych (dwieście metrów od wspomnianego parkingu) we wczesnych godzinach porannych: zanim przybędą inni turyści i wykupią bilety przeznaczone na ten dzień.  Niestety zwykle nie ma możliwości kupna biletów na spływ podziemną rzeką w kasach dzień wcześniej – obsługa nie prowadzi takich rezerwacji. My pojawiliśmy się na miejscu o 7:15 rano, i jako pierwszym w kolejce udało nam się bez problemu kupić bilety na wybraną godzinę (kasy czynne były od 7:50)

Podziemna trasa turystyczna zaczyna się w innym miejscu niż kasy biletowe oraz centrum informacji turystycznej. Musimy więc pokonać dystans około 2 kilometrów. Mamy trzy możliwości: możemy pójść pieszo szlakiem turystycznym (40 minut marszu w dół przez las, polecam!). Możemy także skorzystać z kolejki linowej kursującej pomiędzy oboma punktami. Koszt biletu w dwie strony dla osoby dorosłej to około 25 złotych. Można także kupić bilet w jedną stronę, i np. w dół zejść, a po zakończeniu zwiedzania jaskiń – wjechać na górę w drodze powrotnej (powrót pieszo – pod górę – zajmie nam około godziny). Trzecia opcja to powrót do samochodu i udanie się do miejsca położonego kilka kilometrów dalej, oznaczonego na mapie jako Skalny Młyn. Stamtąd można dotrzeć do wejścia do jaskiń albo pieszo asfaltem (kilka kilometrów) albo turystyczną „ciuchcią” – w rzeczywistością samochodem z przyczepkami udającymi wagoniki. Opcja ta wydaje się najmniej interesująca, choć może być fajna dla rodzin z dziećmi.

Zwiedzanie jaskiń odbywa się w grupach pod opieką przewodników. Trasa podzielona jest na kilka odcinków, które w pewnych porach roku lub pod wpływem np. obfitych opadów deszczu mogą być całkowicie lub częściowo zamknięte. Trzeba pamiętać, że znajdujemy się głęboko pod ziemią, a przez system jaskiń przepływa podziemna rzeka Punkva, której poziom ciągle się zmienia. 

Pierwszy odcinek jaskiń kończy się po kilkuset metrach wyjściem na samo dno Przepaści Macochy. Perspektywa i widok, który przed nami nagle się roztacza, powala. Przepaść widziana od dołu robi imponujące wrażenie, absolutnie nieporównywalne z tym co widzieliśmy na górze. Przepaść Macochy okazuje się być ogromną podziemną krasową komorą, której kopuła wiele milionów lat temu uległa zawaleniu na skutek niszczycielskiej działalności wody. Pierwotnie pieczara musiała mieć iście gargantuiczne wymiary gdyż nawet dziś zmieściłyby się na jej dnie kilkunastopiętrowe wieżowce albo całe katedry – a i tak ich dachy byłby poniżej powierzchni ziemi!

Jeżeli do tej pory mieliśmy jakieś wątpliwości czy warto było tutaj przyjechać, to widok rozpościerający się z dna rozwiewa je wraz z otaczającą to miejsce poranną mgłą. Do tej pory takie monumentalne przestrzenie widywałem tylko w Azji. Tymczasem w Czechach, niemal pod naszym „nosem”, mamy na wyciągnięcie ręki coś równie wspaniałego.

Osoby, które wykupiły rejs podwodną rzeką, schodzą teraz wraz z przewodnikiem dalej w dół. Żegnamy się z niespodziewanymi resztkami światła słonecznego (wszak już teraz jesteśmy 138 metrów pod ziemią!) i schodzimy kolejne kilkadziesiąt metrów w dół. Po pokonaniu kilkuset metrów docieramy do następnego niezwykłego miejsca – podziemnej przystani…

Zwykle na takich głębokościach spodziewalibyśmy się spotkać co najwyżej górników mozolnie wydobywających skarby ziemi. Tymczasem gdy nad nami piętrzy się prawie 150 metrów skał, stoimy przed wydrążonym w krasowej skale kilkumetrowej szerokości korytarzu. Jego dnem płynie rzeka. Jej wody są ciemne, zimne, brunatne. Ale mamy szczęście – dziś jej wody są łagodne. Gdy rzeka jest niespokojna, dotarcie tutaj jest niemożliwe.

Przed nami kilkaset metrów spływu. Zajmujemy wygodne miejsca w kilkunastoosobowych łodziach. Są napędzane elektrycznie przez pędniki strumieniowe zamontowane po bokach: zarówno na dziobie jak i rufie. Dzięki temu operator łodzi może sterować nimi w wąskich i niskich podziemiach, w plątaninie tajemniczych korytarzy i ślepych zaułków. Na całej długości korytarze zostały oświetlone, więc nie musimy obawiać się ciemności. Strop wisi nad nami na wysokości około metra – siedząc w łodzi, nie musimy się schylać by chronić głowę, ale też możemy swobodnie dotknąć go ręką. Zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób z klaustrofobią.

Spływ podziemną rzeką Punkvy zajmuje około 20 minut i jest raczej spokojnym przeżyciem (choć nie wiem jak to wygląda, gdy rzeka jest nieco bardziej rwąca – wtedy chyba jednak jest po prostu zamknięta). Panuje jedna zasada – nie wychylamy się z łodzi. Jak instruuje nas przewodnik: gdy ktoś wypadnie do wody, zostawiamy go i nie próbujemy ratować na własną rękę. Spłynie on wtedy z prądem i zostanie wyłowiony na końcu podziemnej trasy. No cóż, trochę korciło by wskoczyć i sprawdzić to na sobie…

Gdy docieramy do końca naszej rzecznej, podziemnej wyprawy, czeka na nas jeszcze jedna niespodzianka. Skały rozstępują się, strop na chwilę obniża, i po minucie zalewa nas nagle ponownie światło dnia.  Dopłynęliśmy do miejsca, w którym rzeka wyłania się na powierzchni ziemi, u stóp wielkiej wiszącej skały. To już finisz tej niezwykłej, choć absolutnie turystycznej wycieczki.

Przepaść Macochy oraz ciągnące się pod nią jaskinie mają jeden minus. Jest nim legenda, której mało epicki rozmach powoduje, że zupełnie nie pasuje do ogromu tego, co tutaj widzimy. Owa legenda opowiada o tym, jak to pewna zła macocha spycha w czeluść przepaści swojego pasierba, by zagarnąć należny mu majątek. Dziecko łapie się jednak drzew i przeżywa upadek. Po powrocie do wioski, wszystko się wydaje – wtedy to zła macocha ląduje na dnie przepaści. I stąd, jak zgadujecie, nazwa miejsca – Przepaść Macochy.

Sami przyznacie, że trudno o bardziej lakoniczną legendę. Na koniec tej opowieści postanowiłem więc pomóc tutejszym przewodnikom, i wymyślić historię bardziej przejmującą – taką, by mogła ona rywalizować nie tylko z innymi legendami, ale też z serialami brazylijskimi, wenezuelskimi i tureckimi. Oto porządna legenda o Przepaści Macochy!

Dawno, dawno temu, za siedmioma podziemnymi rzekami i za siedmioma jaskiniami, żyła sobie pewna kobieta. Miała na imię Frau Herta. Była bardzo łakoma na pieniądze, a ponieważ wszystkie dobre partie w wiosce już były zajęte, to postanowiła rozkochać w sobie bogatego męża innej kobiety. Ale nie udawało się. Chłop okazał się wierny, i zawsze odrzucał jej zaloty mówiąc, że „mam już żonę którą kocham”. W końcu w szóstym odcinku legendy Frau Herta zastawiła pułapkę na żonę tego faceta – Piękną Lucije. Przebrała włochatego barana za ich syna, i postawiła tą kukłę na krawędzi przepaści podczas letniego przesilenia. Następnie zwabiła w to miejsce matkę chłopca. Jak to zrobiła? Podesłała jej gryps, wg którego miał tutaj przyjść z nią się spotkać jej młodszy brat, la Sergio, którego wsadzono niedawno do więzienia pod sfingowanym powodem przestępstwa. Ale la Sergio podobno uciekł, i koniecznie chciał się zobaczyć z siostrą. Piękna Lucija nie mogła oprzeć się wezwaniu brata!
 
Lucija przyszła w miejsce spotkania z domniemanym bratem i w zachodzących promieniach słońca zobaczyła stojącego na krawędzi przepaści barana przebranego za syna. Rzuciła się na pomoc, ale złapawszy w objęcia zwierzę, przestraszyła się, że to jakiś czyhający na nią potwór… Potknęła ze strachu i runęła w przepaść.
 
Tak oto zła Frau Herta została niemniej złą macochą. Aby jednak przejąć cały majątek rodziny, chciała pozbyć się nie tylko żony mężczyzny, ale też jego syna. Gdy ten miał ósme urodziny (czyli 62 odcinki później) zastawiła więc tę samą pułapkę: powiedziała chłopcu, że jego matka przeżyła upadek, ale uwięził ją – przemienioną w owcę – mieszkający w przepaści demon. Chłopiec przyszedł na miejsce spotkania – patrzy, a tu stoi jego matka. Znaczy się owca. Stali tak i patrzyli na siebie przez następne 25 odcinków.
 
W 133 odcinku zła macocha Frau Herta popchnęła w końcu chłopca w przepaść, bo zbliżał się koniec sezonu i trzeba było ruszyć akcję do przodu. Ale wtedy wkurzył się prawdziwy demon mieszkający w jaskini – Hell Belzebubo. Nie mogąc patrzeć na całe to zło, które było nawet ponad jego miarę – chwycił chłopca i bezpiecznie posadził na dnie jaskini. Przez pięć kolejnych odcinków chłopiec rozglądał się dookoła szukając wyjścia.
 
Te złe uczynki Frau Herty nigdy by się nie wydały, gdyby nie fakt, że zmarły w więzieniu brat matki syna pasierba macochy – czyli la Sergio – niespodziewanie ożył. To znaczy – wcale nie był w martwy, tylko leżał w śpiączce. Trzydzieści trzy odcinki później widzimy scenę, w której opowiada on w pewnym barze o tym, jak to będąc w śpiączce widział swoją własną siostrę, Piękną Luciję, spadającą na dno przepaści. I ta spadająca siostra opowiadała mu, że zepchnął ją do przepaści baran przebrany za jej syna. Biedak zastanawia się nad kuflem: co może znaczyć taki sen podczas śpiączki?
 
Traf chciał, że tę opowieść usłyszał okoliczny ksiądz, który był spowiednikiem ojca chłopca, czyli Franz Robak. Przeraził się, bo wszystko zrozumiał! Ale nie mógł nic zrobić bo był związany tajemnicą spowiedzi. I tak nie wiedział co zrobić przez kolejne 74 odcinki.
 
Tymczasem mąż zmarłej kobiety, po tym jak stracił w swoim mniemaniu także syna, stawał się coraz bardziej nieszczęśliwy. Nowa zła żona, Frau Herta, nie pozwalała mu oglądać meczy, chodzić z kumplami na piwo ani w ogóle nic.  Mógł tylko sprzątać i myć okna w izbie. Posiwiał, pobrodział, pogarbnił się. W końcu zachorował na korzonki i kolana. O tym jak leczył się ziołami i szczepionkami przypominającymi – nakręcono kolejne sześć odcinków. Ale pomimo choroby mężczyzna każdego dnia chodził nad brzeg przepaści, i wrzucał do niej piękny kwiat. Ten kwiat opadał w dół, a dusza jego żony za każdym razem gładziła go i wspominała męża.
 
Pewnego jednak dnia mężczyzna tak źle się czuł, że nie poszedł nad przepaść. Był tak chory, że pokazywali to cały wiosenny sezon. Źle się stało, bo wtedy właśnie, gdy nie przyszedł, nad jaskinią pojawiła się tajemnicza kobieta. Kobieta, która – i tutaj przeskoczę 59 odcinków – okazała się jego byłą żoną. Bo ta, nie uwierzycie, wcale jednak nie zmarła, tylko wpadła w nurt płynącej dołem rzeki, który ją wciągną w dno podziemi. Tam spotkała tajemniczego demona, który zakochał się w niej i zrobił jej operację. Plastyczną.
 
Jak się okazało kobieta mieszkała u tego demona, więziona w podziemiach przez pięć lat (skrócono tę opowieść do miniserialu złożonego z 60 odcinków). Musiała mu szyć skarpetki, cerować kalesony itd. – jednym słowem: wszystkie te rzeczy, które robią dobre żony pełne cnót niewieścich. W zamian za to demon obiecał jej, że po pięciu latach pracy wypuści ją na powierzchnię. Ale tylko na jeden dzień! Kobieta każdego dnia widziała w odbiciu jaskiniowego jeziora spoglądającą w otchłań twarz swojego męża. I każdego dnia widziała opadający kwiat, który on wrzucał w przepaść. Kwiat płyną rzeką w dół, ku podziemiu, ku jej więzieniu. Ten kwiat był dla niej całą nadzieją. Czekała więc cierpliwie, aż minie ustalone pięć lat.
 
Demon okazał się jednak przewrotny; tak jak obiecał – wypuścił ją z jaskini po pięciu latach – ale pod zmienioną postacią. Pod postacią szkaradnej maszkarony. Do pięknej postaci sprzed operacji miała wrócić dopiero po pocałunku prawdziwej miłości. Ale ten pocałunek musi się wydarzyć przed zachodem słońca, bo inaczej znowu będzie musiała na pięć lat wrócić na służbę u demona. A tymczasem mąż nie przyszedł tego dnia nad przepaść. Przyszedł ktoś inny… 
 
I to jest drodzy czytelnicy prawdziwa legenda! A nie jakieś tam szast, prast i koniec opowieści! Zgadnijcie, kto przyszedł!