Nazwę UNESCO znają chyba wszyscy. Na liście światowego dziedzictwa znajduje się już ponad 1200 najbardziej niezwykłych miejsc naszej planety – i ta liczba ciągle wzrasta. Do wielu z obiektów łatwo jest dotrzeć; choćby do tych leżących w Polsce. W zwiedzeniu innych zwykle największą trudnością jest dzieląca nas od nich odległość. Są jednak i takie, do których dotarcie stanowi wyzwanie; dziś chciałbym pokazać jeden z takich właśnie niedostępnych zabytków UNESCO. To Bir Hima i Hima Wells – petroglify naskalne oraz starożytne studnie leżące na szlakach pradawnych karawan przemierzających pustynne szlaki Półwyspu Arabskiego.

Choć w popularnym przekonaniu Arabia Saudyjska jest krajem trudnym do odwiedzenia, to w rzeczywistości już od kilku lat jest to miejsce otwarte na turystów. Wystarczy wyrobić sobie wizę, spakować bagaż, kupić bilet lotniczy i… po prostu polecieć. Jeżeli po Europie jeździcie bez korzystania z pomocy biur podróży, to i w Arabii Saudyjskiej nie będą Wam one do niczego potrzebne; wszystko jesteście w stanie zorganizować sobie sami. Saudowie zsynchronizowali zegarki ze światową turystyką. Na lotniskach wynajmiecie bez problemu auto, zjecie w normalnych restauracjach (a nawet w popularnych, globalnych sieciach fast-food), czy znajdziecie hotele. Do poruszania się po całym tym wielkim i egzotycznym kraju nie potrzebujecie żadnych dodatkowych zezwoleń.

Ale wróćmy do obiektów UNESCO. Obecnie na terenie Arabii Saudyjskiej znajduje się sześć takich zabytków:

  1. Madâin Sâlih w Al Uli – starożytne ruiny miasta Nabatejczyków (tych samych, którzy wznieśli  Petrę w Jordanii),
  2. Twierdza al-Turaif w Diri’yah – XIX wieczna stolica Arabii, leżąca zaledwie kilkanaście kilometrów na północny-zachód od dzisiejszej stolicy kraju, Rijadu,
  3. Stare miasto Dżuddy – słynna „brama” do Mekki, portowe miasto leżące nad  Morzem Czarnym z którego rozpoczynają się muzułmańskie pielgrzymki do Mekki,
  4. Petroglify Ha’il – w regionie Dżebelu Umm Sinman w Jubbah oraz Dżebelu al-Manjor i Raat,
  5. Oaza Al-Ahsa – największa na świecie pustynna oaza,
  6. Tzw. obszar kulturowy Himā – czyli region pustynno-górski na południu Arabii Saudyjskiej, położony blisko granicy z Jemenem, będący dawnym szlakiem karawan kupieckich przemierzających Półwysep Arabski.

Większość z tych obiektów na liście UNESCO pojawiła się niedawno. To efekt otwarcia na świat dynastii Saudów i ich pomysłu, by przyciągnąć do kraju bogatych turystów. Myślę, że wkrótce spodziewać się możemy kolejnych tutejszych zabytków na liście – ale to już temat na odrębny artykuł.

Arabia Saudyjska jest dużym krajem; zajmuje obszar 2.15 miliona kilometrów kwadratowych (7-krotność powierzchni Polski). Niestety obiekty UNESCO rozsiane są po całej Arabii i ze względu na ograniczenia czasowe naszej podróży (w kraju Saudów spędziliśmy dwa tygodnie) – z dotarcia do jednego z nich musieliśmy  od razu zrezygnować. Odwiedzenie Oazy Al-Ahsa wymagałoby dodatkowych trzech dni podróży, których już nie mieliśmy. Może uda się następnym razem.

Ale dlaczego o tym piszę? Cóż, zabrzmi to może wariacko, ale chciałbym dotrzeć do wszystkich obiektów UNESCO na całym świecie. Chciałbym je wszystkie opisać; a nie lubię opisywać miejsc, w których nigdy nie byłem. Dlatego też podczas wypraw staram się odwiedzać miejsca z tej listy (nie jest to jedyny cel!) Myślicie, że to niemożliwe? Oczywiście, że niemożliwe! Całe szczęście nie chodzi mi o to, by dogonić króliczka – lecz tylko o to, by go gonić.

Pomimo wszystkich podróżniczych pozytywów, na które wskazałem do tej pory, zwiedzanie Arabii Saudyjskiej nie jest łatwe. I to z dość niespodziewanych powodów. Podczas marcowej wyprawy czekały na nas niespodzianki, na które nie mogliśmy się zawczasu przygotować. Myślę, że i Was one zadziwią…

Naszą Wielką Arabską Pętlę rozpoczęliśmy w stolicy kraju, w Rijadzie. To duża metropolia, licząca sobie prawie 6 milionów mieszkańców. Niewiele jest tam jednak do zwiedzania; chyba że lubicie zwiedzać bogate, warte miliony dolarów nowoczesne budowle (kampusy, centra handlowe, wieżowce itd.) My od razu udaliśmy się do odległej o zaledwie 15 kilometrów od stolicy niepozornej, skalistej doliny wyrzeźbionej przed płynącą dołem okresową rzekę. To średniowieczna Twierdza al-Turaif w Diri’yah, pierwsza stolica Saudów. To był pierwszy cel naszej arabskiej wyprawy szlakiem UNESCO.

Wszystkie przewodniki po Arabii Saudyjskiej – włącznie ze stronami Ministerstwa Kultury Królestwa Saudów – polecają odwiedzenie tego miejsca. Internet aż kipi od fantastycznych zdjęć wijącego się wąwozu, na którego zboczach rozrosło się wybudowane z mułowej cegły miasto. Lata jego świetności przypadały na XVIII-XIX wiek. Niezwykle ciasne uliczki, wąskie przejścia, grobowce, katakumby… Wszystko piękne i wspaniałe – złaszcza na zdjęciach w Internecie. Prawdziwa idylla dla takich jak ja fanów starożytności. Tego typu glinianych miast zachowało się na świecie niewiele i… i Diri’yah do nich nie należy.

Wydawało się, że Twierdza Diri’yah będzie najłatwiejszym z celów naszej podróży. Obiekt położony niedaleko lotniska, popularny i szeroko reklamowany. A jak wyglądała rzeczywistość? W latach 2020-2021 cały obiekt otoczono wysokim murem, zamknięto i odseparowano od świata. Kilka kilometrów kwadratowych starożytnego miasteczka obudowano i zmieniono w wielki plac budowy. Jeżeli znacie rozmach Saudów, to możecie sobie wyobrazić skalę projektu: jednocześnie powstaje co najmniej kilka wielkich 5-gwiazdkowych hoteli, całe dzielnice apartamentowców, parkingi, dworce, hale kongresowe. Wylano kilkanaście hektarów betonu. Widząc ogromną zabetonowaną powierzchnię zastanawiałem się co to ma być? Parking? Nie. Okazało się, że to przygotowania do utworzenia… sztucznego jeziora.

Napisać, że „przywitaliśmy klamkę”, to nic nie napisać. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie znalazł dziury w ogrodzeniu – musiałem choć rzucić okiem do wewnątrz. Co zobaczyłem? Dziesiątki ciężarówek zalewających betonem historyczny wąwóz, zniwelowane wzgórza na których pną się w górę hotele. I setki robotników w charakterystycznych uniformach.  Było starożytnie – będzie nowocześnie. Ze średniowiecznego magicznego miejsca powstanie… disneyland. Też magicznie, choć inaczej.

Najbardziej rozzłościło mnie to, że żadne oficjalne saudyjskie źródła nawet nie zająknęły się na swoich stronach, że ten obiekt UNESCO jest zamknięty. I to na kilka lat! Wciąż możecie na stronie ministerstwa turystyki Arabii Saudyjskiej przeczytać, że „Magiczne Diri’yah czeka na Was”. Możecie przylecieć wydając tysiące dolarów na podróż – Diri’yah czeka! Tymczasem czeka… zamknięty plac mega-budowy kolejnej luksusowej dzielnicy pod Rijadem.

Kolejnego dnia udaliśmy się w podróż na południe; ku największej piaszczystej pustyni świata Ar-Rab al-Chali. O perypetiach, które trapiły nas przez kolejne dwa dni, przeczytać możecie TUTAJ. Główną przygodą było odkrycie, że na stacjach benzynowych jednego z największych światowych producentów ropy niekoniecznie znajdziecie paliwo. Będzie, ale za dwa dni jak dowiozą… Pustyni Ar-Rab nie ma obecnie na liście UNESCO. Ale jestem pewien, że wkrótce się tam pojawi. Całe szczęście jest tak ogromna (1200 x 300 kilometrów), że nie dadzą rady jej ogrodzić.

W końcu, po kilku pełnych przygód dniach, dotarliśmy do celu mojego dzisiejszego artykułu; obszaru kulturowego Himā. To dość skomplikowana nazwa, co oznacza? To obszerny region leżący w prowincji Najran (Nadżran), niemal na samym krańcu Arabii – 900 kilometrów na południe od Rijadu, zaraz przy granicy z Jemenem. Obszar składa się z dzikich, wciąż nieokiełzanych przez cywilizację gór, oraz z dziesiątków tysięcy kilometrów kwadratowych pustyni i półpustyni. Jednocześnie w odróżnieniu od morderczej Ar-Rab al-Chali na tych terenach mieszkańcom udawało się już nie umrzeć. Tędy właśnie przez setki lat, okrążając zabójcze centrum półwyspu arabskiego, wędrowały kupieckie karawany. Środkiem półwyspu – nikt nie chadzał. Skróty zabijały i trzeba było dookoła. Tam śmierć, a tutaj, w Himā, dało się przeżyć. Jeżeli oczywiście miało się ze sobą dobre wielbłądy.

Kiedy obciążone towarami karawany zaczęły maszerować przez prowincję Najran? Nie wiadomo. Pamięć o tych początkach zniknęła w pomrokach dziejów. Ocenia się, że tutejsze petroglify pozostawione na wysuszonych słońcem skałach, mające nawet 3 tysiące lat. To takie starodawne graffiti – wędrowcy, którym udało się przeżyć ryli pamiątkowe rysunki, wzorki, ludziki – by pochwalić się, że przetrwali. Że doszli. Tak, wiem, uproszczam – każdy poważny archeologi się teraz obruszy. I ma rację! Petroglify to nie ludziki, to sztuka! Taka… sztuka z ludzików. Nie spieram się; tak czy inaczej – karawany wędrowały tędy co najmniej przez trzy tysiące lat.

Jednak nawet wielbłąd musi pić. Rzadko, ale jednak musi. W Bir Hima, u podnóży Gór Suchych, wykopano w starożytności sześć kamiennych, głębokich na kilkanaście metrów studni. Dla wędrujących ze wschodu karawan były to pierwsze źródła wody od dobrych – być może – dwustu kilometrów. I te właśnie studnie, wraz z okoliczną naskalną artystyczną produkcją w stylu „Legia forever!”, wpisano na listę UNESCO.

Na teren wąwozu w którym wykopano studnie nie wejdziecie. Dobrze zgadujecie: ogrodzone. Tym razem na szczęście nie betonowym płotem, ale zwykłą siatką – taką, przez którą wszystko widać. Na nas czekała jednak otwarta brama wjazdowa; początkowo nawet się nie zorientowaliśmy jakie mamy szczęście – ale o tym za chwilę.

Wjechaliśmy do środka i oddaliśmy się kontemplacji. Jedna studnia, druga studnia, trzecia studnia. Fresk. Padły ptak, któremu zabrakło do studni paru metrów. Kolec przebijający but, obok groźna roślina której ukłucie zostawia 3 godziny czasu na podanie odtrutki. I kolejna studnia. Cztery, pięć, sześć. Tak, dobrze trafiliśmy! Sześć!

Hima Wells, czyli poszukiwane przez nas studnie, wpisano na listę UNESCO w lipcu 2021 roku. Zaledwie kilka miesięcy temu. Być może dlatego ich odszukanie jest dość trudne; najbliższe miasto leży 120 kilometrów dalej. Po drodze do tego miejsca mijamy tylko pustynię, góry, wyschnięte rzeki i stojące co jakiś czas w nieładzie kamienne chatki. A jednak trafiliśmy. Udało się.

Zdecydowanie gorzej poszło nam z poszukiwaniem petroglifów. Chociaż w okolicy jest ich kilkaset, w tym wiele w dumą prezentowanych na stronach Saudyjskiego Ministerstwa Turystyki, to map pokazujących ich dokładną lokalizację – brak. Może dlatego, żeby nikt ich nie zniszczył? Trudność w ich odszukaniu na miejscu polega na tym, że pisząc „w okolicy” mam na myśli obszar pięciuset kilometrów kwadratowych bezdroży. Na pustyni tak właśnie wygląda bliska „okolica”.

W tej „okolicy” nie ma żadnych oznaczeń. Żadnych tablic czy ludzi, których można o coś spytać. Nie ma też dróg łączących poszczególne zabytki. Obeszliśmy pieszo kilka hektarów, i gdy słońce niebezpiecznie zaczęło stać nad naszymi głowami – ruszyliśmy w drogę powrotną do samochodu. Do klimatyzacji. Niestety obecnie bez pojazdu terenowego niewiele więcej można tutaj zobaczyć – trzeba jechać po bezdrożu, wzdłuż wyschniętych potoków. I trzeba mieć nawigację, której wgra się punkty gdzie ma prowadzić. Ale żeby nie zakończyć poszukiwań całkowitą porażką: coś tam jednak znaleźliśmy. Choć na miejsu petroglify wyglądały na bardziej wyraźne niż te, które widzicie na zdjęciach. Trudno. Grunt że udało się chociaż tyle.

Gdy wróciliśmy do auta okazało się, że ktoś tu kradnie wodę. Obok jednej ze studni stała wielka ciężarówka (beczkowóz), a sympatyczny mężczyzna z Bangladeszu czerpał zasilaną z generatora pompą wodę. Dużo wody. Pompa, niczym stado wielbłądów, wielkimi łykami wysysała zawartość podziemnego źródła. Na nasz widok mężczyzna speszył się, i zaczął grać z nami w chowanego – jak my z jednej strony beczkowozu, to on z drugiej. Jak my z drugiej, to on hyc do kabiny. I tak w kółko. Niedawno oswajałem spotkanego kota włóczęgę – to wyglądało mniej więcej tak samo: ja mały kroczek, a kot w krzaki.

Gdy beczkowóz wyżłopał kilkanaście metrów sześciennych wody, zaczął zbierać się do odjazdu. Wtedy dopiero zrozumieliśmy: jego kierowca miał kluczyk do bramy, i to on otworzył przed nami ten archeologiczny zabytek! Gdyby nie jego praca, znowu pocałowalibyśmy klamkę. Swoją drogą dobrze, że wróciliśmy do auta – inaczej byśmy nie wyjechali przez zamkniętą bramę.

Przykrą rzeczą jest to, że taka przemysłowa eksploatacja źródeł wody prowadzi do szybkiego zniszczenia podziemnego rezerwuaru. Cztery z sześciu studni są już wyschnięte. Wykopano je w niewielkiej dolinie, otoczonej niskimi wzgórzami; pod powierzchnią ziemi znajduje się podziemny zbiornik uzupełniany rzadkimi opadami deszczu. Przez trzy tysiące lat karawany nie dały rady go opróżnić. Ciężarówki zrobią to dużo bardziej skutecznie. Cóż, najwyżej na liście UNESCO zostaną wpisane suche studnie. Też rzadkość.

Ruszyliśmy na zachód, ku kolejnym naszym celom. Jeszcze tego samego dnia pokonaliśmy Góry Suche. Nigdy o nich nie słyszeliście? Nikt o nich nie słyszał. To kierunek, który prowadzi donikąd. To góry, które są zupełnie nigdzie. Nigdy nie widziałem tak suchej, tak wyprażonej słońcem, tak pozbawionej jakiejkolwiek wilgoci okolicy. Tutejsze krzewy (gdy zatrzymywaliśmy się na chwilę)  miałem wrażenie, że czepiały się nas za wszelką cenę – by zdobyć choć okruchy pary wydobywającej się z naszych ust. Skały były tak wyschnięte, że cięły niczym nóż. Góry Suche to Tolkienowski Mordor.

Pasmo dzikich szczytów ciągnie się przez około 200 kilometrów. Pokonać je można dzięki nadspodziewanie dobrej drodze; aczkolwiek nie liczcie tutaj na stacje benzynowe. Góry Suche są tak samotne, tak niezamieszkałe, i tak dzikie – że nie mają nawet nazwy na mapie. Nazwę nadałem więc im sam, korzystając z prawa podróżnika. Gdy więc dotrzecie kiedyś w to miejsce, pamiętajcie – już wbiłem w nie proporczyk.

Pędziliśmy naszym autem na zachód, robiąc tylko niezbędne przystanki. Mieliśmy szansę dojechać przed zachodem słońca do Dżabal as-Sauda – na najwyższy szczyt Arabii Saudyjskiej. I udało się, zdążyliśmy. Dojechaliśmy na kilka minut przed zachodem słońca… Pod naszymi stopami rozpoczynał się spektakl chmur. Niestety nie dane było nam wejść na wierzchołek góry; wjazdu strzegła wojskowa ochrona i transporter.

– Salam Alejkum, możemy wjechać?

– Alejkum Salam. Przejścia nie ma, wjazd zamknięty.

– A co się stało? Jechaliśmy specjalnie aż z Ar Rab…

– Szejk jest. Szczyt zamknięty.

– A jutro? Jutro będzie można?

– Szejk jest. Proszę odjechać. Jutro też szczyt zamknięty.

A tyle się napodróżowaliśmy, by zdobyć najwyższy szczyt Arabii Saudyjskiej. Niedaleko szczytu znajduje się kompleks ośrodków wypoczynkowych; gdy goszczą one szejków (jest ich w Arabii całkiem sporo), to cała okolica zostaje zamknięta. Nie ma możliwości wejścia na szczyt, szejk posiada wtedy szczyt na własność. Spróbowaliśmy kolejnego dnia. Jednak bezskutecznie – „Szejk jest” brzmiała zawsze ta sama odpowiedź.

Zrezygnowani ruszyliśmy więc następnego dnia do Rijal Alma – późnośredniowiecznego, kamiennego miasta położonego po drugiej stronie gór. I nawet udało nam się zwiedzić kompleks, choć było trochę trudno, bo nie chciano nas wpuścić bez przewodnika; do wyboru mieliśmy albo niemieckojęzycznego, albo francuskojęzycznego. W końcu udało nam się wejść bez przewodnika – trochę tak od boku, tylną bramą. Ale było miło. Zależało mi na tym, by tutaj dotrzeć: zdjęcia z tego miasteczka są niesamowite, a na dodatek – wkrótce ten górzysty region wraz ze swoją nietypową zabudową też z pewnością trafi na listę UNESCO. Głupio byłoby znowu specjalnie jechać na sam kraniec Arabii Saudyjskiej dla jednego górskiego miasteczka; to nie są tanie sprawy. Dodatkowo region ten jest nieco niestabilny, ciągle zdarzają się tu bombardowania z dronów kierowanych przez Jemeńskich bojowników. Do Jemenu jest 40 kilometrów.

Pognaliśmy dalej w pogoń za obiektami z listy UNESCO. W mieście Dżedda okazało się, że stare miasto wpisane na listę dziedzictwa… właśnie jest burzone. Wielkie maszyny zjadają budynek po budynku, połykając starą zabudowę. Wg planu renowacji wybudowane zostanie nowe „stare miasto”, bo obecne „stare” jest już zbyt stare, by je wyremontować. Klasyka. Zdjęcia wyburzanych zabytków pokażę Wam w osobnym artykule.

Opuszczaliśmy Dżeddę dzień później w pochmurnych nastrojach. Trzy dni po naszym powrocie do Polski leżące na przedmieściach miasta ogromne zbiorniki paliw zostały zaatakowane z Jemenu. Nawet przy nich staliśmy i chciałem zrobić zdjęcia. Ale ostatecznie uznaliśmy, że fotografowanie strzeżonych przez wojsko obiektów naftowych to już przesada. Tak czy inaczej – nie upilnowali. Strasznie się paliło.

Ruszyliśmy na północ. Z Dżeddy do Al Uli mieliśmy 700 kilometrów. Dojechaliśmy po północy, i doświadczyliśmy iście arabskich cen noclegów – za spędzenie 6 godzin w podrzędnej spelunie musieliśmy zapłacić rekordowe 120 dolarów.  To i tak był najtańszy nocleg w Al Uli. Ten region jest niezwykle popularny, i co ważne – już bardzo starannie odrestaurowany. Na kolejnych dziesiątkach kilometrów kwadratowych pustyni i gór wznoszą się niesamowite budowle sprzed dwóch tysięcy lat. Niestety nie udało nam się wjechać ani do centrum miasta, ani na wielki, liczący 50 kilometrów kwadratowych obszar wykopalisk.

– Szejk jest. Nie ma wjazdu.

Dużo mają tych szejków. Całe szczęście Al Ulę zwiedziłem już dwa lata wcześniej, podczas poprzedniej wizyty w Arabii Saudyjskiej. I powiem Wam tylko tyle – warto. Tutaj też mieliśmy fajną przygodę; Michała – mojego współpodróżnika – aresztowano. Rankiem poszedł sobie na trening pobiegać; wbiegł w krótkich spodenkach tam, gdzie wbiegać w krótkich spodenkach nie można. Całe szczęście udało mu się do mnie zadzwonić, a przyjacielscy policjanci przepuścili mnie tym razem przez blokadę typu „Szejk jest, nie ma przejazdu”. I choć pod eskortą, to jednak udało mi się Michała odebrać z rąk policjantów. Ale wspomina cała przygodą bardzo dobrze, wszyscy byli mili i sympatycznie uśmiechnięci. Nawet mu trochę tej przygody zazdroszczę.

Ostatnim punktem naszej liczącej prawie 5 tysięcy kilometrów podróży po Arabii Saudyjskiej był zespół petroglifów w Jebbah, już na północy kraju. Zgadnijcie czy się udało? Pudło! Właśnie, że się udało! Choć przypadkiem. Ale to już historia na kolejną opowieść…

PS. Jabbal as-Sauda wcale nie jest najwyższą górą Arabii. Udowodniono to kilka lat temu. Ale… to także osobna historia!