Do Granady – miasta położonego na północnym brzegu Jeziora Nikaragua – dojechaliśmy bardzo późno, chwilę przed północą. Winny był Smolny, który na lotnisku zostawił ładowarkę podpiętą do jakiegoś gniazdka, a że była to pamiątka – dostał ją od swojej Kasi, kiedy poznali się pięćdziesiąt osiem lat temu – to musieliśmy zawracać i nadkładać drogi. Jak już dojechaliśmy o tej północy, to oczywiście nie było co zjeść, bo wszystkie targowiska już dawno się wyludniły; Szymon znalazł tylko jakąś papkę z wodorostów – i jako weganin zjadł z udawanym smakiem. Całe szczęście idąc na nocleg dostrzegliśmy sklep monopolowy; byliśmy uratowani!
Właścicielka pensjonatu była pod wrażeniem, że ktoś o tak późnej porze jeszcze dojechał. Nawet się o nas martwiła, że nas ktoś porwie, pobije, obrabuje lub zgwałci – co oczywiście się nie wydarzyło. Kto chciałby zaczepić na ulicy pewnych siebie czterech mężczyzn, idących żwawym krokiem i śpiewającym piosenki? Toć byłoby to ryzykowne; jeszcze wezmą w niewolę i każą śpiewać razem ze sobą.
W pensjonacie był mały basen, zajaraliśmy się więc, że zaraz będziemy pływać. Było to tym trudniejsze, że miał tylko 30 centymetrów głębokości – być może była to jednak sadzawka dla rybek, a nie basen – kto to wie. W każdym razie nie popływaliśmy, bo jakoś nam się o tym pomyśle zapomniało przy drugim okrążeniu spożycia sami wiecie czego.
Pamiętam jeszcze, że w pokoju było ciasno, ale wynajęliśmy go z premedytacją. Zawsze lubimy spać wszyscy razem, bo to jest prawdziwe koleżeństwo a nie drużyna francuskich piesków, którym przeszkadza, że kumpel obok chrapie. Łóżka ledwo się mieściły jedno obok drugiego, ale przecież to żaden problem – jak się tylko pije i śpi. Zresztą zaraz po skończeniu tego co było pod ręką, poszliśmy znowu na miasto. Ciemne uliczki Granady oraz tutejsze boczne mordownie są tak klimatyczne, że ho-ho-ho. No i śpiew niesie się niczym w Carnegie Hall. Jednym słowem magia.
Jak to się mówi – więcej grzechów nie pamiętam, choć za żaden z nich nie żałuję. Tym, którzy chcieliby mi powiedzieć: wstyd, hańba, plaga na Was – odpowiem krótko: czterech mężczyzn śpiewających po pijaku piosenki, to naprawdę nie jest nic złego. Nie chodzimy na dziwki, nie uprawiamy hazardu, nie bierzemy narkotyków – i to wszystko pomimo, że nasze żony są o tysiące kilometrów od nas i nie ma nas kto pilnować. A jedyna bijatyka w którą wdaliśmy się podczas tej wyprawy miała miejsce ze stadem mrówek, które zaatakowały nas w nocy w jednym z kolejnych hoteli. Jesteśmy chłopaki ze złota, i szkoda słów na fałszywą skromność.
Ponieważ mieliśmy własny samochód – co w Nikaragui jest w pytę drogie i nie polecam – to rankiem trzeba było te nasze nocne śpiewy wyspacerować. I z tego właśnie miejskiego trekkingu pochodzą zdjęcia, które oglądacie. Do centrum mieliśmy blisko, zresztą już znaliśmy drogę; tym razem wszystko było pootwierane, więc świat wyglądał zupełnie inaczej. Do tego był dzień, a słońce świeciło jak zwariowane.
Uwielbiam te post-hiszpańskie klimaty. Nie to, że chciałbym tu zamieszkać – bo wiadomo, że po miesiącu rzuciłbym się ze skały – ale kocham takie miasteczka. Ludzie są normalni, kolorowi, uśmiechnięci, i wiem to na sto procent – szczęśliwi. Tego w Europie, może poza Bałkanami, już nie zobaczycie. Targowiska, skwery, pobocza – wszystko tętni życiem, i jest to rytm który wchłaniam każdym kawałkiem siebie. Ktoś to kiedyś genialnie wymyślił, żeby pomieszać Indian z Hiszpanami.
Granada jest jednym z najstarszych miast założonych przez hiszpańskich kolonistów w Nowym Świecie – powstała w 1524 roku, a więc zaledwie mrugnięcie okiem po tym, jak Kolumb odkrył nowy kontynent. Jeszcze w XIX-wieku była bardzo ważnym miastem, dopiero potem uległa marginalizacji, którą widać do dziś: tę wysoką pozycję zawdzięczała położeniu na szlaku łączącym Karaiby z Pacyfikiem. To wszystko poszło niestety w piach w chwili, gdy otwarto w 1914 roku Kanał Panamski – ten gigantyczny projekt inżynieryjny umożliwił transfer pomiędzy oboma oceanami, pozbawiając XVI-wieczną Granadę niemal racji bytu.
W internetowych przewodnikach znajdziecie sporo wydumań autorów o tym, jakie to w miasteczku są ciekawe zabytki. Że katedry, że kościoły, że to i owo. Od razu pokasujcie te pierdoły ze swojej pamięci – nie ma tu nic takiego. Esencją miasta są właśnie targowiska, uliczki i ludzie; cała reszta to turystyczna propaganda. Jakieś Immaculate Conception of Mary Cathedral Church czy Parque Central de Granada – i po co to ludziom robić wodę z mózgów? W tym mieście świetnie widać, jak poradniki sprzedają turystom pierdoły: wystarczy iść przed siebie, by przeżyć więcej przygód, niż jakbyście przeczytali je wszystkie.
Powoli trzeźwieliśmy, zatrzymując się co kilkaset metrów na uzupełnianie płynów. I nikt z tysięcy mijanych ludzie nie wskazywał na nas palcem: ej, to te typy, co w nocy darli japy! Kiedy w końcu koło południa poczuliśmy, że jesteśmy w stanie prowadzić auto, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę; mieliśmy tragicznie naciągnięty harmonogram. Trochę żałuję, że nie zostaliśmy w Granadzie dłużej – ale może to i lepiej: wątroba przecież nie jest zbudowana z samoregenerującej się gąbki.
Miasto Granada jest jednym z najstarszych miast założonych przez Hiszpanów w Nowym Świecie i najstarszym na lądzie, które zachowało swoją pierwotną lokalizację. Zostało założone w 1524 roku i stanowiło jedno z głównych miast ery kolonialnej i XIX wieku w Ameryce Środkowej. Położone jest na północno-zachodnim krańcu jeziora Nikaragua, otoczone wyjątkowym środowiskiem naturalnym, na które składają się wyspy, archipelagi, lasy, wulkany, jeziora i laguny, które wywarły istotny wpływ na jego historyczną ewolucję i przekształciły to miejsce w jedno z najbardziej niezwykłych naturalnych i kulturowych krajobrazów na świecie […]
Jest to miasto portowe nad jeziorem Nikaragua, a także ważny ośrodek turystyczny, handlowy i przemysłowy. Miasto gromadzi pod swoją zabudową miejską i otoczeniem szereg cennych budynków i obiektów, reprezentujących historię i ewolucję sztuki amerykańskiej od XVI do XIX wieku. Należy również wspomnieć o istniejących w jego otoczeniu pozostałościach prekolumbijskich, datowanych co najmniej na IX wiek n.e. Zgodnie z hiszpańskim modelem założycielskim w Ameryce, miasto zostało zbudowane na skraju rdzennej osady Xalteva, należącej do kultury Chorotega (IX-XVI wiek n.e.). Miasto było świadkiem ważnych wydarzeń historycznych ery kolonialnej, wśród których należy wymienić fakt, że w XVI wieku służyło jako baza wypadowa do podboju i kolonizacji części terytorium Ameryki Środkowej, a zwłaszcza obecnej Republiki Kostaryki. Stanowiło ważne miasto portowe, z aktywnym handlem z innymi miastami Ameryki Łacińskiej, co było przyczyną licznych ataków piratów angielskich, francuskich i holenderskich w tym okresie.
W XIX wieku było częścią „Szlaku Tranzytowego”, szlaku kanałowego między Oceanem Atlantyckim a Spokojnym, przed budową Kanału Panamskiego. Obecne historyczne centrum miasta zajmuje powierzchnię 105 hektarów i liczy 7500 mieszkańców. Znajduje się tam około 376 budynków i przestrzeni publicznych o wielkiej wartości dziedzictwa kulturowego.