Do leżącego na wybrzeżu południowego Libanu miasta Tyr dotarliśmy jesienią 2018 roku, przy okazji – jakżeby inaczej – rozgrywanego w Bejrucie maratonu. Byliśmy wciąż bardzo początkującymi podróżnikami, więc z mojej dzisiejszej perspektywy nasze zwiedzanie było takie trochę… niepełnosprawne. Choć zabytki starożytności mieliśmy na wyciągnięcie ręki – np. historyczny hipodrom znajdował się zaledwie 400 metrów od naszego hotelu – to niemal ich nie zauważyliśmy.
Całe szczęście zwiedziliśmy współczesny port, który mieści się w tej samej przystani morskiej co starożytny Port Morski Fenicjan, oraz Świątynię Melkarta – budowlę niezwykle ważną dla dalszej opowieści o oblężeniu Tyru przez wojska Aleksandra Macedońskiego. Cóż, nie każdy od razu rodzi się podróżnikiem; do niektórych spraw trzeba po prostu dorosnąć!
Pod mury Tyru armia Aleksandra Macedońskiego dotarła w styczniu 332 roku p.n.e. Jej nadejście wyprzedzały wieści o tym, że jest niepokonana: oto zbliżała się grecka potęga, która zaledwie dwa miesiące wcześniej rozbiła w pył wojska imperium perskiego w bitwie pod Issos, a pół roku wcześniej zgromiła Persów w Bitwie nad Granikiem. Otaczająca Greków aura zwycięstwa była tak wielka, że miasta leżące na trasie ich przemarszu poddawały się bez walki: Trypolis, Bejrut i Sydon otworzyły bramy, by zdać się na łaskę Aleksandra. Ten zaś, realizując politykę asymilacji i współpracy z lokalnymi władcami pozostawiał kapitulujące miasta wolnymi, godząc się na zachowanie nawet lokalnych linii arystokracji – w zamian za podatki oraz udzielenie wsparcia militarnego w trakcie dalszych działaniach zbrojnych.
Wydawało się, że z Tyrem będzie podobnie. W IV wieku p.n.e. miasto dzieliło się na dwie części: tzw. Stary Tyr leżący na wybrzeżu Morza Śródziemnego, oraz Nowy Tyr leżący na wyspie, około 800 metrów od starej części osiedla. Na wieść o nadchodzącej armii macedońskiej mieszkańcy zostali ewakuowani z części lądowej: mężczyźni mogący walczyć trafili na wyspę uzupełniając obsadę murów obronnych, a kobiety i dzieci podobno zostały wywiezione aż do libijskiej Kartaginy będącej wtedy fenicką kolonią.
Greccy wojownicy zajęli opuszczoną, lądową część miasta bez walki. Celem Aleksandra była jednak wyspa, na której znajdowało się około 35-45 tysięcy Fenicjan. Za wysokimi murami – sięgającymi aż 45 metrów wysokości – czuli się oni całkowicie bezpieczni; fortyfikacje otaczały wyspę ze wszystkich stron tak szczelnie, że nie było możliwości dokonania desantu na jej brzeg. Jedyną możliwością ataku było podprowadzenie statków bojowych bezpośrednio pod mury i walka z obrońcami prowadzona wprost z morza. Co istotne macedońska armia nie posiadała w tym momencie żadnej floty; była to armia typowo lądowa – perspektywa morskiego oblężenia wydawała się więc z góry skazana na niepowodzenie.
W tej sytuacji Aleksander wysłał łodzią posłańców, by przekazali, że chce on złożyć ofiarę w znajdującej się pośrodku wyspy Świątyni Melkara – w intencji pomyślności prowadzonej właśnie wojny z Persami. Było to o tyle wiarygodne, że ów Melkar często bywał utożsamiany z kultem Heraklesa. Niemniej Fenicjanie odrzucili taką możliwość podejrzewając podstęp. Gdy Aleksander wysłał kolejnych posłów – by negocjować wprost poddanie się Tyru – Fenicjanie zabili ich na szczycie murów, tworząc krwawy spektakl doskonale widoczny z brzegu morza. Od tego momentu było wiadomym, że jeżeli Grecy chcąc zająć Tyr, muszą dokonać tego siłą oręża.
Oglądając współczesna zdjęcia satelitarne Tyru widzimy, że jest to głęboko wysunięty w Morze Śródziemne półwysep, gęsto zabudowany, o charakterystycznym kształcie topora. Do centrum miasta prowadzą asfaltowe drogi, wokół stoją osiedla, domy i sklepy. Niemniej 2300 lat temu geografia tego miejsca była zupełnie inna: Tyr był wyspą oddzieloną od stałego lądu 800-metrową cieśniną morską; nie było żadnej możliwości przekroczenia jej suchą nogą. Skąd więc wzięło się lądowe połączenie wyspy z brzegiem, które przetrwało do naszych czasów?
Aleksander Macedoński nie dysponując flotą zmuszony był szukać innego sposobu na zdobycie wyspy. Pomogli mu w tym najprawdopodobniej perscy jeńcy wzięci w niewolę w poprzednich bitwach; byli wśród nich doświadczeni nurkowie, którzy podjęli się karkołomnego zadania zbadania dna morskiego leżącego pod cieśniną dzielącą Nowy Tyr i Stary Tyr. Malowidła przedstawiające takich właśnie starożytnych nurków można zobaczyć w dzisiejszym Iraku i Iranie, w odsłoniętych przez archeologów wnętrzach niektórych z perskich pałaców. Rysunki pokazują wojowników pływający głęboko pod wodą, którzy czerpią powietrze ze szczelnie zszytych worków wykonanych z baranich skór. Są to pierwsze w historii świata udokumentowane podwodne działania zbrojne.
Rekonesans przyniósł nieoczekiwane odkrycie: okazało się, że dno morza pomiędzy ufortyfikowaną wyspą a stałym lądem znajduje się bardzo płytko – zaledwie dwa lub trzy metry poniżej lustra wody. Przekazy mówią o tym, że Aleksander Macedoński osobiście sprawdził to odkrycie nurkując w urządzeniu przypominającym dzwon wodny – w kolejnym perskim wynalazku. Po kilku dniach przeznaczonych zapewne na dokonanie niezbędnych wyliczeń macedoński wódz wydał rozkaz: należy zasypać 800-metrową cieśninę!
To mozolne zadanie wymagało dwóch rzeczy: czasu oraz materiałów. W celu pozyskania kamieni Aleksander nakazał rozbiórkę Starego Tyru – mury miasta, jego domy i świątynie zostały zburzone, i posłużyły do budowy masywnej grobli przecinającej morze. Wiedząc o tym, że po zakończeniu budowy trzeba będzie jeszcze przeprowadzić szturm na mury wyspy, macedoński wódz zawczasu nakazał wzniesienie grobli szerokiej aż na 60 metrów. To właśnie pozostałości tego ogromnego wysiłku inżynieryjnego możemy zobaczyć nawet dziś. Po zakończeniu budowy grobli Tyr na zawsze przestał być wyspą, i wciąż jest półwyspem.
Usypanie grobli łączącej wyspę z brzegiem trwało wiele miesięcy. Skryci za murami obrońcy Tyru każdego poranka obserwowali nieuchronne zbliżanie się Armii Macedońskiej. Z każdym dniem, każdym tygodniem, i z każdym miesiącem atakujący byli coraz bliżej wyspy. Obrońcy czuli, że nieubłaganie zbliżał się ich koniec.
Nie stali jednak z założonymi rękoma. Mury Tyru wyposażone były w liczne machiny miotające, które cały czas zasypywały budowniczych głazami, strzałami i żywym ogniem. Mając bezwzględną przewagę na wodzie, Fenicjanie podpływali statkami wojennymi pod groblę, ostrzeliwując napastników z łuków, proc, katapult.
Pewnego dnia – około pięć miesięcy po rozpoczęciu oblężenia – nastąpił moment, w którym wszystko mogło ulec nagłej zmianie. Kiedy grobla znajdowała się już tylko kilkadziesiąt metrów od murów okazało się, że dno morskie nagle się urywa i tworzy w tym miejscu głębinę, której zasypanie oznacza kilka kolejnych miesięcy prac. Postępy utknęły, a uwięzieni na wyspie obrońcy zaczęli wznosić okrzyki radości. Przedwcześnie…
Ogromnym nakładem sił oblegający wznieśli dwie monstrualnej wielkości wieże oblężnicze, które podciągnęli następnie na skraj grobli. Każda z nich miała 50 metrów wysokości, i były to największe tego typu konstrukcje wybudowane w historii całej starożytności. Wieże przewyższały o pięć metrów mury obronne Tyru, więc z ich szczytu Grecy rozpoczęli intensywny ostrzał wnętrza miasta. Macedońscy artylerzyści bili w mury wielkimi głazami, kilkumetrowymi strzałami, oraz gradem kamiennych kul – wszystko po to, by oczyścić z obrońców znajdujące się już niemal na wyciągnięcie ręki mury.
Widząc zniszczenia powodowane nieprzerwanym ostrzałem obrońcy postanowili przejść do kontrataku. Jeden ze stojących w porcie dużych statków transportowych przekształcili w brander; wypełnioną łatwopalnymi materiałami łódź przeznaczyli do samozniszczenia. Pewnej nocy dwie wielkie trójrzędowe galery wojenne wzięły okręt-pułapkę na hol, i rozpędziwszy go do największej możliwej prędkości rzuciły nim o groblę. W momencie zderzenia z konstrukcją ochotnicy czekający na pokładach podpalili brander i wyskoczyli do wody.
Misja powiodła się nadzwyczajnie. Gdy tylko płonący brander wbił się w groblę obie gigantyczne wieże zajęły się ogniem; zapłonęły także drewniane umocnienia chroniące budowniczych przed ostrzałem z murów. Dziesiątki Macedończyków zginęły próbując ugasić płomienie – dostali się pod ostrzał fenickich łuczników; którzy atakowali ich wprost z galer; krążyły one aż do świtu wzdłuż płonącej grobli. Poranek ujawnił skalę klęski: obie wieże zamieniły się w pogorzelisko. Tego dnia myśli obrońców znowu pełne były optymizmu.
Aleksander Macedoński nie zostałby jednak jednym z największych wodzów w historii, gdyby w tym momencie zwinął oblężenie. Już następnego dnia prace nad wydłużeniem grobli wznowiono, a przy okazji wydał on rozkaz podporządkowanym miastom fenickim dostarczenia floty wojennej. Rodacy broniących się rozpaczliwie Fenicjan w ciągu miesiąca wysłali mu 80 okrętów bojowych, 120 dodatkowych przesłał król Cypru, a kolejne 23 nadeszły wraz z posiłkami z Grecji. W lipcu dysponując flotą 223 okrętów Aleksander po raz pierwszy dysponował także przewagą na morzu.
Na przełom nie trzeba było długo czekać. Okrążeni już także od strony morza obrońcy zostali odcięci od świata zewnętrznego. Flota Aleksandra zaczęła bombardować mury wyspy ze wszystkich strony – szukając w nich słabego punktu. By uniemożliwić dopłynięcie pod mury statków oblężniczych Fenicjanie zatapiali przed nimi ogromne fragmenty kamiennych budowli, a Grecy odciągali te nowe przeszkody linami. Atakujący wiązali ze sobą statki, by stworzyć stabilne platformy z których mogli wspinać się na mury, a obrońcy nurkowali i przecinali łączące okręty liny i łańcuchy. Każda akcja atakujących spotykała się natychmiast z reakcją obrońców.
W końcu na dziobach części greckich galer zamontowano tarany, które uderzały w mury krusząc je po kawałku. Macedończycy szukali słabego punktu, i w końcu go znaleźli – gdy jeden z odcinków południowego muru runął, Aleksander Macedoński rzucił do ostatecznego szturmu elitę swojej armii: spieszonych ciężkozbrojnych Tessalczyków. Legenda mówi, że szedł na ich czele walcząc na murach aż do momentu poddania się Fenicjan.
Oblężenie wyspy Tyr zajęło Aleksandrowi siedem niezwykle cennych miesięcy. Zdecydował się na tak długotrwałą i wymagającą walkę po to, by pokazać swym przeciwnikom, że choć ma szacunek dla poddających się wrogów, to nie będzie litości dla trwających w uporze. Po zdobyciu Tyru na okolicznych plażach kazał ukrzyżować dwa tysiące obrońców – by dać przykład tego, co czeka opornych. Osiem tysięcy ludzi zabito podczas ostatecznego szturmu, a trzydzieści tysięcy mieszkańców miasta wzięto do niewoli i sprzedano. Żadne miasto nie odważyło się później zamknąć swych bram przed macedońskim wodzem.
Do czasów nam współczesnych przetrwało niewiele zabytków związanych z oblężeniem. Najważniejszy z nich wciąż znajduje się pod stopami mieszkańców i turystów: to fundamenty kamiennej grobli, którą przez tyle miesięcy wznosili Macedończycy (w rzeczywistości głazy układali pod gradem strzał głównie wzięci do niewoli Fenicjanie). Ostały się także ruiny Świątyni Melkarta – w jej wnętrzu schronili się ostatni obrońcy, szukając tu tradycyjnego w starożytnej Grecji świętego azylu. O dziwo Aleksander uhonorował ten zwyczaj i ułaskawił tych, którym udało się dotrzeć do świątyni.
We współczesnym Tyrze spędziliśmy kilka krótkich dni, spacerując wzdłuż brzegów półwyspu, oglądając pozostałości fenickiego portu oraz jedząc pyszne, śródziemnomorskie posiłki. Mieszkańcy Libanu zaskoczyli nas swoim podejściem do obcych i otwartością; żyją tu obok siebie wyznawcy kilku różnych religii – jako sąsiedzi są bardzo dla siebie wyrozumiali. Nawet gdy jeden z nas rozchorował się – przechodząc silne zatrucie pokarmowe – to na własny koszt zaprowadzili nas do lekarza; propozycja, że zapłacimy za leczenie z własnej kieszeni wywołała niemal międzynarodowy skandal.
Niestety nad Tyrem obecnie ponownie zawisły czarne chmury. Miasto leży kilkanaście kilometrów na północ od granicy Libanu i Izraela; w ramach izraelskiej operacji wojskowej prowadzonej w południowym Libanie metropolia jest bombardowana, a jego mieszkańcy otrzymali od władz Izraela po raz kolejny nakaz przymusowej ewakuacji. Jak będzie wyglądał Tyr za dzień, miesiąc lub rok – tego nie wie nikt.
Zdjęcia: Sławomir Smoliński
Według legendy, purpurowy barwnik został wynaleziony w Tyrze. To wielkie fenickie miasto panowało na morzach i oceanach i założyło prosperujące kolonie, takie jak Kadyks i Kartagina, ale jego historyczna rola zmalała pod koniec krucjat. Znajdują się tam ważne pozostałości archeologiczne, głównie z czasów rzymskich.