Nasz gospodarz był – nie do końca wiem, jak to prawidłowo ująć – zasobny. Pracować na dość wysokim stanowisku w jednym z omańskich banków, miał własny skromny apartament z basenem na dachu, no i olbrzymi samochód, który był w stanie wjeżdżać nawet na przeciwpancerne arabskie przydrożne krawężniki. Przyjął nas niezwykle życzliwie, wręcz entuzjastycznie – strasznie żałował tylko, że nie może z nami jechać na pustynię. Gdy dowiedział się, że zamierzamy na niej koczować, jego zachwytom nie było końca – sam z siebie zorganizował nam koce, butle gazową, namiot, prowiant…
Choć robiło się już ciemno, to natychmiast po odebraniu nas z lotniska od razu zabrał nas na wycieczkę – na nocny objazd Muscatu oraz otaczających stolicę Omanu gór. Chodziło oczywiście o pokazanie miasta z perspektywy punktów widokowych; wyszło mu to doskonale. Pojechaliśmy także do pałacu Króla Omanu – Sułtana Qaboosa – oraz na jakiś festiwal muzyki tradycyjnej (o nim opowiem pewnego dnia osobno)
Pałac Sułtana – mimo, iż było już po północy – był otwarty; ale na dość specyficzny sposób. Niemal wszędzie mogliśmy wejść, spacerować po ogrodach, salach, korytarzach zewnętrznych – z wyłączeniem oczywiście strefy królewskiej pilnowanej przez strażników. Nigdy nie widziałem czegoś TAK CZYSTEGO. Poziom wypucowania marmurów, posadzek i chodników był wręcz niewiarygodny. A pamiętajmy, że cały Oman to pustynia, więc każdego dnia nawiewane są do pałacowych przestrzeni piaski, pyły i różnorodne farfocle… Od tamtej pory nie uznaję wymówek, że gdzieś jest brudno BO TAKI MAMY KLIMAT. Jeżeli się chce, to można posprzątać na błysk!
Ahmed oprowadzał nas tak swobodnie i dystyngowanie po pałacowych terenach, że gdyby w pewnym momencie powiedział, że jest księciem, następcą tronu – to bym mu w to uwierzył. W pałacowych alejkach spędziliśmy około godziny, i poza nami nie spotkaliśmy żywej duszy. Źrenice miałem wielkie niczym przydrożny kot schwytany w światła samochodowych reflektorów
Po dotarciu na nocleg mieliśmy pewien zgrzyt: z myślą o naszym gospodarzu na lotnisku kupiliśmy litrowe whisky – ale nie byliśmy pewni, czy wypada nam mu je wręczyć. Szybko okazało się jednak, że Ahmed nie ma z tym żadnych kłopotów i butelka nie dotrwała do rana; no ale było nas trzech.
Podczas tej płynnej konsumpcji (przegryzanej marchewką!) zaczęliśmy wypytywać się nawzajem o różne rzeczy: jak się żyje, jak pracuje, jak to jest mieć swojego władcę, prawdziwego SUŁTANA. Zeszło oczywiście także na sprawy seksu, bo one zawsze są ciekawe. Okazało się, że Ahmed jest rozwiedziony; jak wyznał miał już dość ciągłego zawracania głowy. Omanki są według niego niesamowicie roszczeniowe, i traktują mężów jako osobistych służących. Każda z nich uważa się za księżniczkę, której wszystko się należy.
Na pytanie czy zamierza się ponownie ożenić Ahmed z miną mędrca odpowiedział: NIGDY! Jak kobiety chcą luksusów, to powinny zacząć chodzić do pracy, a nie rościć sobie prawa do bogactw męża. Nie ukrywam, że byłem zaskoczony. W końcu zadałem też pytanie, które nurtowało mnie już od czasów młodzieńczych:
– Jako muzułmanie możecie mieć kilka żon, prawda? To chyba fajna opcja?
Ahmed spojrzał się na mnie chyba zaskoczony. Jego odpowiedź do dziś tkwi mi w głowie:
– U nas mówi się, że jeżeli ktoś ma więcej niż jedną żonę, to albo jest bardzo bogaty, albo bardzo głupi.
Podróże kształcą. Posiadanie jednej żony to kłopot; a każda następna jak się okazuje zwiększa kłopot do potęgi. Dwie żony to kłopot poczwórny, trzy żony to dziewięć kłopotów, a cztery żony to aż szesnaście problemów, które każdego dnia zwalają się na głowę głupca.