Kiedy grecki bohater i heros Orfeusz utracił swoją małżonkę Eurydykę, w poszukiwaniu wejścia do Hadesu przemierzył wiele znanych Grekom krain. W końcu jego smagany wiatrami statek przybił do brzegów dzisiejszego Libanu – krainy Lbn, nazwy oznaczającej Białą Górę – szczytu spowitego śniegiem. Tutaj dowiedział się, że zejście do Podziemnego Królestwa znajduje się pośrodku głębokiego wąwozu zwanego Baatara.
Orfeusz zszedł na dno wodospadu, a następnie pomaszerował wzdłuż płynącego tam strumienia. Ów strumień okazał się dopływem rzeki Hades, i w ten sposób Orfeusz odszukał swoją żonę. Jak doskonale wiecie z legendy ta podróż nie zakończyła się jednak szczęśliwie, herosowi nie udało się wyprowadzić swojej wybranki na powierzchnię ziemi; została ona na zawsze w Podziemnym Królestwie – a Orfeusz dołączył do niej dopiero po swojej śmierci (rozszarpany przez odurzone winem wyznawczynie Dionizosa)
Tekst, który przeczytaliście powyżej, nie jest prawdziwą legendą. Baatara Gorge Waterfall nigdy nie był uznawany za wejście do Królestwa Umarłych. To internetowa bzdura.
W 2017 roku archeolodzy pracujący na dnie studni, na głębokości ponad dwustu metrów – w mrozie, w wiecznym cieniu oraz wśród wilgoci – odnaleźli pomiędzy resztkami wielu różnych zwierząt niepozorną kostkę, która okazała się przełomem w badaniach nad prehistorią gatunku ludzkiego. Uwagę badaczy zwrócił odłamek o wielkości zaledwie 1.5 x 4 cm pochodzący z małego palca dłoni homo sapiens lub neandertalczyka – jak wstępnie oceniono. Znalezisko wysłano do szczegółowych badań do Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka w Lipsku, gdzie przeprowadzono badanie genomu wyekstrahowanego z wnętrza zachowanego fragmentu hominida.
Ku zdziwieniu badaczy okazało się, że DNA znajdujące się w kości nie pasuje ani do Homo Sapiens, ani do Homo Neanderthalensis. Oczywiście duża część kodu była wspólna, ale ilość różnic oznaczała, że mamy do czynienia z zupełnie odrębnym gatunkiem człowiekowatych; nazwano go Człowiekiem z Baatar. To już czwarty gatunek (biorąc pod uwagę także Homo Floresiensis – Hobbita z wyspy Flores) ludzki, który dzielił w przeszłości jednocześnie z nami planetę.
Także ta informacja jest nieprawdziwa. Opisuje ona z grubsza znalezisko dokonane w 2010 roku na Syberii, w tzw. Denisowej Jaskini – gatunek odnalezionego tam hominida nazwano Denisowianem.
Dwa dni temu grupa sześciu dziewczynek w wieku od 11 do 14 lat zostawiła wiadomość, że idą bawić się na łące w pobliżu wąwozu. Po raz ostatni widziano je jak przekraczały wiszący most, przechodząc nim na drugą stronę wysokiej skarpy. Od tamtego czasu nie nawiązały one z rodzicami żadnego kontaktu. Jak podają służby „Podejrzewa się, że dzieci mogły poślizgnąć się na zboczu i wpaść w przepaść, lub też zabłądzić w labiryncie jaskiń prowadzących na jej dno. Tam mogły zostać odcięte od wyjścia przez wzbierającą wodę, która cały czas dostaje się z wodospadu…”
W związku z tym niezbędna jest pomoc profesjonalnego zespołu grotołazów, wyposażonych w ekwipunek ratunkowy. Wg planu pierwsza grupa zjedzie na dno przepaści by rozpocząć poszukiwania od dołu, natomiast drugi zespół skorzysta z pomocy kamer termicznych i będzie poszukiwał śladów dzieci na powierzchni. Poszukiwania są jednak bardzo drogie, potrzebne jest 150 tysięcy dolarów na transport lotniczy wyspecjalizowanej ekipy ze Szwajcarii. Dlatego też w sieci założono zbiórkę, którą możecie wspomóc – liczy się każda, najmniejsza nawet wpłata.
Również ta wiadomość jest nieprawdziwa – jak dwie poprzednie. Opis zdarzenia przypomina sytuację, która miała miejsce w Tajlandii, w jaskini Tham Luang Nang Non w 2018 roku. Niemniej komunikat jest całkowicie zmyślony.
Dlaczego zamieściłem dziś te trzy wymyślone historie? W coraz większym stopniu media społecznościowe – ale nie tylko – zaśmiecone są bzdurnymi, idiotycznymi wydarzeniami, które mają tylko jeden cel: zarobić hajs dzięki przyciągnięciu naszej uwagi. Od czasu, kiedy globalne firmy umożliwiły generowanie zarobku poprzez kliknięcia – liczba osób, profili czy całych firm gotowych oszukiwać nas dla kilku dosłownie groszy stała się wręcz obrzydliwa.
W czasach, kiedy takie opowieści może generować Sztuczna Inteligencja – i to w ilościach wręcz nieograniczonych – zarabianie poprzez oszustwo stało się jeszcze prostsze i tańsze. Wystarczy wydać komendę „Wymyśl mi opowieść łapiącą za serce, o zaginionych dzieciach potrzebujących pomocy” a następnie rozszerzyć polecenie na „Zrób takich historii czterdzieści„. Automat dobierze słowa, imiona, wygeneruje zdjęcia i muzykę. Przetłumaczy to wszystko na dwieście języków i opublikuje wszędzie, gdzie tego zażądamy, na założonych specjalnie pseudo-profilach o ekspercko brzmiących nazwach.
Wszystkie media społecznościowe wręcz zalane są tego typu chłamem, i to w ilości która aż odrzuca od ich przeglądania – niedawno czytałem ciekawy artykuł o tzw. Ciemnym Facebooku. Ale to nie tylko popularne socjal media są winne temu zjawisku; tradycyjne media mają ten sam brud pod paznokciami. Od kilku lat obserwuję, jak dla zarobienia dosłownie kilku złotych dziennie największe portale internetowe prezentują zdjęcie osiołka z informacją „Tuptuś ma już tylko kilkanaście godzin na ratunek, inaczej czeka go rzeźnia„. Zmienia się tylko co jakiś czas imię osiołka, jego profil, oraz wartość zbiórki i jej cel. To jest żenada, którą aby zobaczyć na własne oczy nie musicie nawet wstawać z krzesła. I nie martwcie się: jeżeli reklamy Osiołka Klausa akurat nie ma na stronie głównej, to nie znaczy, że zdechł… To znaczy, że algorytm daje czytelnikom kilka dni odpoczynku, po czym zmieni mu imię i ponownie zaatakuje molestując Wasz wewnętrzny odruch pomagania – niczym pijak żebrzący pod sklepem o piątaka na alkohol (oficjalnie – na bułkę)
Kolejną wyprowadzającą mnie z równowagi tradycją – do której już tak się przyzwyczailiśmy, że ją akceptujemy – jest opisywanie miejsc przez ludzi, którzy nigdy w nich nie byli. Dziennikarz stażysta zatrudniony w mediach opisuje dowolne miejsce na świecie, przytaczając jego piękno, kolory i smaki – choć nigdy tam nie był. Kogo obchodzi prawdziwa relacja, skoro wygenerować można niemal za darmo dowolny podróżniczy słowotok? Widuję dziennikarzy, którzy dziennie produkują dwadzieścia artykułów – od analizy sytuacji na froncie w Ukrainie, po zaginiony rodzaj kota w dżungli w Surinamie. Wiadomo: taki dziennikarz zna się na wszystkim, choć w rzeczywistości swoją wiedzę czerpie głównie z ChatGPT.
Swoistym hitem była kilka lat temu imponująca relacja z Sopockiego Openera, która przez automatyczne ustawienie daty emisji pojawiła się na łamach wielkiego portalu mimo tego, że koncert na skutek załamania się pogody został ewakuowany. Autorka pisała w zachwytach o udanym wydarzeniu muzycznym, choć ono wcale się nie odbyło – po prostu napisała laurkę wcześniej. Nazwano to błędem… ale błędem to jest jak z mnożenia 5 razy 11 wyjdzie 50. To było bezpośrednie wysikanie się na czytelników potraktowanych niczym stado baranów.
Pisanie tekstów przez ludzi, którzy czegoś nie widzieli, gdzieś nie byli, lub na czymś się nie znają – jest hańbą, którą środowisko dziennikarskie niestety dawno już zaakceptowało. W tym przypadku ciesze się, że AI spowoduje, iż tacy autorzy stracą pracę. Skoro kłamiecie, skoro zmyślacie, skoro jedynym waszym celem i wartością jest chwilowy szybki zarobek, to nie jest mi Was szkoda – tak podsumuję sytuację. Taniej kłamie Sztuczna Inteligencja, która bez trudu Was w tym zastąpi. Wasze miejsce jest na bruku bezrobocia.
Wystarczy przewinąć portale informacyjne, by przekonać się, że przytłaczająca większość zamieszczonych tam artykułów to generatywny śmietnik. Wystarczy przeczytać kilka z nich, by zostać przytłoczonym bezwartościowymi zdaniami powtórzonymi po pięć razy; tylko po to, żeby na ekranie zmieściło się więcej reklam. Nienawidzę tego bełkotu traktującego czytelników jak bandę idiotów. W tej samej chwili obok siebie wiszą artykuły o tym, że pogoda się właśnie psuje i poprawia, że Cieśnina Ormuz się otwiera i zamyka jednocześnie. Dowiemy się, że Ukraina w ciągu trzech dni dwa razy wygrała wojnę, pięć razy przegrała, a Putin przeciera oczy ze zdziwienia dowiadując się, że jakieś kolejne wydarzenie „go zaboli”, że „tego się nie spodziewał”, lub że „rosyjska gospodarka się sypie” – piętnasty raz w ciągu trzech lat.
Myślę o tym, jak biedni wydawcy szukają sposobów na zarobienie pieniędzy, na monetyzowanie treści, na wciskanie nam coraz bardziej taniego contentu udając, że to jakieś Premium. Niewiele różnią się w tym zakresie od producentów produktów żywnościowych, którzy zmniejszają opakowania, zastępują naturalne składniki tańszymi zamiennikami oraz pompują do produktu coraz to więcej trującej nas chemii – tylko po to, by zwiększyć zysk o pół procenta. Media kuszą abonamentami, dostępem premium, konkursami dla idiotów.
Gówniane sensacyjne nagłówki zalewają internet. Kliknij we mnie, we mnie, we mnie! Często mam wrażenie, że to jak konkurs na tytuł największego głupka w redakcji; to żebranie o pół grosza. Jak myślicie: dlaczego każdego niemal dnia na stronach głównych wydawnictw widzimy treści bez-treści o Korei Północnej? Dlatego, że są ciekawe? Nie. Wydawcy wiedzą, że to się klika – nawet kiedy w środku jest informacyjne siano. Bo jak nazwać setny artykuł o tym, że Korea w środę wystrzeliła kolejną rakietę – podobnie jak w poniedziałek, w sobotę i w zeszły czwartek? To właśnie informacyjne siano.
Podobnie media publikują z rumieńcami każdą bzdurę wygłoszoną przez Łukaszenkę – bo to się kliknie. Są ziemniaki – news. Nie ma ziemniaków – news! Znana aktorka ma raka – news. Znana aktorka nie ma raka, ale myślała, że ma – news. Znana aktorka ma raka, choć myślała, że nie ma – także news. To kolejne trzy grosze zarobione kosztem wprowadzenia czytelników w błąd – bo wasz (nasz) błąd tyle właśnie jest wart dla systemu: tyle jesteśmy warci – trzy grosze.
Wiecie za co mógłbym zapłacić? Za prawdziwe informacje. Niech ocean wygenerowanego bełkotu, treści z dupy, codziennych teorii płasko-durniów będzie bezpłatny. Niech za darmo politycy produkują swoje bzdury, swoje wysrywy, swoje kłamstwa. Niech bezpłatny będzie spam, chłam i treści z AI. Prawda niech będzie płatna.
Ale prawda jest względna – powiedzą niektórzy. Nie ma czegoś takiego jak prawda – skomentują inni. Jak można zgwałcić prostytutkę – błysną mądrością kolejni. Jednak to zwykłe pierdolenie wiejskich mądrali rozmywające logikę, odpowiedzialność i rzeczywistość. Dziś filozofowanie dostępne jest dla każdego jełopa – bo dzięki mediom społecznościowym każdy jełop może być filozofem. A jak zafascynuje swoją jełopowatością odpowiednio dużą liczbę innych kretynów, to awansuje na celebrytę – czyli Mega Jełopa. Wtedy zaczną zapraszać go do tradycyjnych mediów: jako jełopa nad jełopami. Będą go wywyższać, chwalić, przedstawiać jako eksperta – dla kolejnych trzech groszy.
Baatara Gorge Waterfall istnieje, i miałem przyjemność go zwiedzić. Znajduje się 72 kilometry na północny-wschód od stolicy Libanu, Bejrutu. W wielkim uproszczeniu jest do ogromna dziura w ziemi, do której wpada rzeka. Cała reszta to kłamstwo.
Zdjęcia: Sławomir Smoliński.