Bez jego obecności myślę, że zgubiłbym się już na lotnisku w Amsterdamie gdzie mieliśmy przesiadkę do Buenos Aires. No i ten właśnie Krzysiek – który był dla mnie turystycznym guru samodzielności – drugiego dnia pobytu w stolicy Argentyny wpadł na pomysł:
– Nie możemy tak siedzieć bezczynnie w hotelu i czekać na samolot do Ushuaia. Trzeba coś zwiedzić!
Pomyślałem sobie: niby co zwiedzić? Byliśmy już przecież na spacerze pod hotelem, byliśmy na biegowym treningu, byliśmy nawet na obiedzie! Co jeszcze można zrobić w nieznany mieście? Krzysiek tylko poszperał po jakichś ulotkach, użył tajemniczego obcego języka (angielskiego) i kupił nam… wycieczkę turystycznym tramwajem wodnym po rzece Parana!
Parana to druga pod względem wielkości rzeka Ameryki Południowej. Ustępuje oczywiście Amazonce, a płynie przez trzy kraje: Paragwaj, Brazylię i Argentynę. Ma 4700 kilometrów długości, więc jest prawie pięć razy większa niż rzeka, do której się przyzwyczaiłem: Wisła. Wyobraźcie sobie, że spotykacie kogoś pięć razy wyższego od siebie; tak właśnie musi się czuć przy Paranie królowa naszych rzek.
Jak już wspomniałem, Krzychu był dla mnie bogiem. Obsługa wycieczki przyjechała po nas pod hotel, zawiozła na statek, dała po kanapce i w drogę. Dostaliśmy po miejscu siedzącym przy burcie, a na nadbrzeżu zdążyłem jeszcze kupić tradycyjną argentyńską skórę krowy, którą mam zresztą cały czas – trzymam na niej stopy pisząc te słowa. Nie pytajcie jak mi się zmieściła do bagażu lotniczego…
Ruszyliśmy statkiem w siną dal, i choć był to zaledwie jakiś odprysk głównego nurtu Parany, to byłem zachwycony. Obserwowałem absolutnie egzotyczne dla mnie brzegi rzeki z otwartą buzią (już po chwili pełną much). Okazało się, że nie jest to rejs po Paranie, tylko po jej odnogach tworzących rozlewisko u ujściu do Oceanu Atlantyckiego. Nie zbiło mnie to zupełnie z zachwytu, bo nawet nie wiedziałem co widzę. Ruiny domów, opuszczone nadbrzeża portowe, wraki statków wyrzuconych na brzeg. Tego na naszej Wiśle nie ma !!!
Musicie wiedzieć o tym, że Parana jest rzeką zbliżoną funkcjonalnie do samochodowej autostrady: ruch panuje na niej ogromny. Statki płyną we wszystkich kierunkach, wożąc towary, ludzi, śmieci, ryby i drzewo z puszczy. Tam, gdzie jest ładny brzeg kwitną okazałe wille milionerów, a gdzie jest syf i bieda swoje rezydencje wznoszą zwykli ludzie. Jeżeli u nas mówi się, że ktoś mieszka NAD RZEKĄ – to w Ameryce Południowej należy powiedzieć, że MIESZKA W RZECE. Po kolana, po łokcie, po szyję.
O tym wszystkim oczywiście wtedy nie wiedziałem, bo jak przysłało na turystycznego ignoranta i impertynenta, to dzień wcześniej nie wiedziałem nawet o istnieniu rzeki Parany. Gapiłem się więc na te wszystkie cuda południowoamerykańskiej cywilizacji: chłopów z motykami, motorówki z patyków, wiadra z rybami, orzechy, owoce, banany i pijaków. Zachwycił mnie ten ich koloryt, ta inność od tego, co można spotkać pod Warszawą. Możliwe, że to właśnie tam – na głupim turystycznym tramwaju wodnym – zaraziłem się podróżnictwem.
Wpatrując się jak małpa w kosmos zapomniałem o aparacie fotograficznym. W efekcie prawie nie przywiozłem z tego miejsca zdjęć. Coś tam nagrałem nieumiejętnie; i dziś poskładałem te ujęcia do jako tako trzymającej się całości kupy. Nie namawiam Was do obejrzenia tego filmowego koszmarku, bo i po co – on jest dla mnie, dla sentymentu, na stare lata. Na niektórych ujęciach były nawet sceny mówione – ale nie zdzierżyłem, i je pokasowałem…
Dziś – dwanaście lat po tamtym „rejsie” – pewnie popłynąłbym do samego źródła Parany, i kijem tłukł każdego, kto chciałby mi tego zabronić. Wtedy jednak wydawało mi się, że odkrywam nieznane lądy i dzikie plemiona. Byłem takim don Kichotem z Polski, który zobaczył drzewa oraz skorupy porzuconych statków, i myślał, że to dżungla oraz wraki pirackich galeonów. Każdy kiedyś był początkującym turystą!
Po kilku godzinach powróciliśmy do przystani, z której wyruszyliśmy. Krzysiek zamówił taksówkę i wróciliśmy do hotelu. Jak on mi tym zaimponował, że wiedział jak nazywa się nasz hotel! Mi nawet do głowy nie przyszło, żeby to sprawdzić.
I tyle.