Nad Nefrytowe Jezioro najprościej dostać się z Warszawy. Na lotnisko Chopina można dojechać choćby pociągiem, autobusem czy uberem. Trochę trudniej jest tramwajami – bo wtedy trzeba przejść spory kawałek pieszo – ale jeżeli będziecie odpowiednio zdeterminowani, to także tym środkiem komunikacji dacie radę! A potem jest już z górki.
Bezpośrednie samoloty z Warszawy do stolicy Uzbekistanu – Taszkentu – latają niemal codziennie. Lot trwa około sześć godzin, więc czasowo jest porównywalny z trasą samochodową z Warszawy do Zakopanego w dniach, w których na drogach trafimy na średniej wielkości korki. Wysiadając w Taszkencie macie już zupełnie blisko do wymarzonej dziczy…
Urungach Lake – czyli tytułowe Nerfytowe Jezioro – leży na wysokości 1571 metrów nad poziomem morza, i znajduje się około 160 kilometrów na północ od Taszkentu. To nieco wyżej niż Morskie Oko (przypomnijmy – 1395 m.n.p.m.) – ale niemal dokładnie tyle, ile liczy sobie sąsiedni Czarny Staw pod Rysami (1583 m.n.p.m.). A to dopiero początek podobieństw! Nefrytowe Jezioro ma 450-650 metrów długości i do 300 metrów szerokości (wymiary te zmieniają się wraz z porą roku zależnie od obfitości wiosennych topnień) a Morskie Oko ma 860 x 500 metrów. I co najważniejsze: dookoła obu „braterskich” jezior wznoszą się piękne, bardzo do siebie podobne góry!
Idąc nad Morskie Oko spacerujecie terenami Tatrzańskiego Parku Narodowego, a wędrując do Nefrytowego Jeziora – wspinacie się przez Ugam-Chatkal National Park. W obu przypadkach do parków możecie dojechać samochodem, ale ostatnie kilometry trzeba przejść pieszo. W Uzbekistanie nie ma wprawdzie konnych bryczek, ale jak Wam się poszczęści… to możecie zatrzymać wieśniaka z osiołkiem; choć sens jechania wierzchem jest podobnie dla mnie niezrozumiały jak w przypadku trasy z Zakopanego. Spora różnica jest natomiast w głębokości obu jezior – Morskie Oko ma 50 metrów głębokości, a Nefrytowe Jezioro tylko 21 metrów.
Nad Urungach Lake nie ma żadnego schroniska (najbliższe leży chyba około 200 kilometrów dalej…) i prowadzi nad nie tylko jedna wąska ścieżka. Dzięki temu znajdziecie tutaj upragniony spokój, ciszę, kontemplację oraz całkowite niemal odosobnienie od cywilizacji. I właśnie dlatego jest to miejsce, które z pewnym przekąsem polecam Wam jako alternatywę Tatr! Tu nie czekamy na moment, w którym w obiektyw aparatu nikt nie wejdzie – tu całymi dniami czekamy na innego człowieka, by móc mu zrobić zdjęcie. Góry Tienszan są ogromne; otaczają Was skromne – nie posiadające nawet nazwy – trójtysięczniki, a na horyzoncie, zaledwie kilka kilometrów dalej wznoszą się liczne „czwórki”. Z wyprawą w wyższe partie gór trzeba jednak uważać: wzdłuż grani ciągnie się granica międzynarodowa z Kazachstanem.
Problemem wynikającym z osamotnienia tego miejsca są trudności w nawigacji; szlaki są nieoznakowane lub zupełnie niewyznaczone. Najmądrzej jest iść za nielicznymi wieśniakami; lub – jeżeli planujecie dłuższy trekking – poszukać lokalnego przewodnika. Pamiętajcie też, że w tych górach „nikt nie usłyszy waszego krzyku” – z pełnymi tego konsekwencjami.
Na pierwszy rzut oka taka weekendowa (np. 4 dni+3 noce) wyprawa w góry Uzbekistanu wydaje się niemądra. Ale gdy podliczycie koszty okaże się, że nie jest aż tak drogo – i wcale nie drożej niż długi weekend w Zakopanem: za bilet lotniczy w obie strony zapłacicie nawet poniżej 1800 złotych, noclegi oraz jedzenie w tym kraju są zasadniczo kosztowo pomijalne, a wynajem samochodu – na kilka osób wyjdzie jak za darmo. Warto zainwestować w napęd 4×4 – choćby miała to być prosta i leciwa, absolutnie niezniszczalna Lada Niva.
Obowiązuje stara górska zasada – w góry ruszamy wczesnym rankiem. My przeceniliśmy potrzebny czas i wystartowaliśmy zbyt późno z Taszkentu; zatrzymując się po drodze w mijanych wioskach na regionalne przepyszne posiłki. Efekt był taki, że gdy doszliśmy do Nefrytowego Jeziora było ono już skryte w cieniu masywu gór. Cały przepiękny jadeitowo-krystaliczny kolor wody znikł w głębinie. Co ciekawe w jeziorze można się kąpać (choć to park narodowy) – ale to atrakcja dla doświadczonych morsów, którzy z niejednego już lodowca jedli śnieg.
Na zakończenie pragnę uspokoić wszystkich, którzy obawiają się dzikich zwierząt – w tych górach (środkowe pasmo TienSzan) nie napadną na was wilki i niedźwiedzie. Są za to pantery śnieżne, ale wiadomo – kociaki na całym świecie są tak samo słodkie.
I tyle!