Wiele lat temu Polskę opanowała moda na bieganie. Biegali niemal wszyscy: studenci, matki, mężowie, celebryci, biznesmeni. Największe biegi w Polsce liczyły sobie po kilkanaście tysięcy uczestników. Główna część tej powodziowej fali – w dużym stopniu na skutek pandemii covid-19 – przeminęła. Wielu maratończyków (których liczbę w Polsce szacuję na 200-300 tysięcy), znalazło sobie w międzyczasie nowe hobby: biegi ultra dystansowe. Czym one są? I czy każdy z nas może zostać „ultrasem”?

Biegam od trzydziestu lat. Przebiegłem w swoim życiu ponad sto maratonów, ale ultra… zaledwie kilka. I wciąż większości rzeczy z nimi związanych pozostaje dla mnie tajemnicą. Skoro maraton to marzenie każdego początkującego biegacza, to jaki sens jest w bieganiu jeszcze dłuższych dystansów? Co ciągnie ludzi do stawiania sobie jeszcze trudniejszych wyzwań? Spróbuję odpowiedzieć na te pytania.

Pytanie 1: Jaki dystans to ultramaraton?

Zacznijmy może od podstaw, od sakramentalnego pytania „na ile ten bieg?”. Cóż, w przypadku biegów ultradystansowych odpowiedź jest jednocześnie i prosta, i niezwykle trudna. Dlaczego?

Bieg ultradystansowy to każdy bieg, który rozgrywany jest na dystansie dłuższym niż maraton (42.195 kilometry). Żeby jednak uniknąć sytuacji, że ktoś zostanie ultramaratończykiem tylko dlatego, że przebiegł… 43 kilometry, zwykło się zwyczajowo uznawać, że biegi ultra rozpoczynają się od dystansu 50 kilometrów.

Biegi ultra to bardzo pojemne określenie. Brak możliwości ich stopniowania sprawia wprowadza dużo zamętu. W efekcie tym samym mianem „ultra” określa się zarówno biegi rozgrywane na dystansie 50 km, na 80 km, na 100 kilometrów, jak i na sto mil (czyli na około 160 km). Mimo iż jest to bardzo duża rozpiętość, to jest to dopiero… połowa skali. Dalej zaczyna się już całkowite „wariactwo”: są biegi 24 godzinne, 48 godzinne oraz 72 godzinne. Wygrywa w nich ten zawodnik, który w określonym czasie przebiegnie najdłuższy dystans. Nierzadko zwycięzcy takich biegów ultra na mecie mają w nogach 300, czy 400 kilometrów. Non-stop! Musicie przyznać, że takich ultra nie da się porównać ze zwykłym przebiegnięciem 50 kilometrów.

Ale to wciąż nie jest koniec skali. Są jeszcze biegi 10-dobowe, na 1000 kilometrów, 1000 mil (1609 kilometrów) i w końcu jakbyśmy to powiedzieli – absolutnie niewyobrażalny „Król Królów”: bieg na dystansie pięciu tysięcy kilometrów. Oczywiście w tym przypadku zawodnicy już normalnie śpią na trasie, robią dłuższe przerwy na szybką regenerację itd.

Ultramaratończykiem jest więc zarówno ten zawodnik, który przebiegł 70 km, jak i ten, który ukończył zawody rozgrywane na dystansie 500 kilometrów. Zdecydowanie tej dyscyplinie sportowej brakuje odpowiedniego stopniowania.

Pytanie 2: Kim są ultramaratończycy?

Ultramaratończykami zwykle zostają doświadczeni biegacze, których znudziły już tradycyjne maratony. Gdy zostajecie biegaczami bardzo szybko dopada Was euforia związana z wydłużaniem dystansów: najpierw cieszy pokonanie pięciu kilometrów, potem dziesięciu. Po chwili nadchodzi czas na pierwszy półmaraton, a w końcu także na maraton.

Kto już raz przebiegł maraton musi zdecydować: złapał bakcyla, czy nie złapał? Jeżeli złapał, to zaczyna się odkrywanie kolorowego świata maratonów: chcemy biegać nie tylko szybciej, ale także w różnych miastach. Po kilku latach mamy już ukończonych kilkanaście maratonów w różnych miejscach, i trochę zaczynamy się nudzić. W głowie kiełkuje pytanie: i co teraz?

Każdy biegacz staje przed decyzją: co dalej? Udowodniliśmy już sobie (i znajomym!), że możemy. Że umiemy. Że damy radę. Ale jak długo można – jak mawiają biegacze – klepać asfalt? Szukamy urozmaicenia i nowych wyzwań. W tym momencie część biegaczy przerzuca się na spokrewnione dyscypliny sportowe – choćby na coraz bardziej popularne triathlony. Część przestaje biegać, bo już im się to… znudziło. A część (dość liczna!) idzie właśnie w kierunku biegów ultra.

Bieganie ultramaratonów ma tę niewątpliwą przewagę nad maratonami, że imprezy rozgrywane są na łonie natury. W górach, w lasach, w ekstremalnych lokalizacjach. O ile każdy „asfaltowy” maratończyk skrupulatnie analizuje trasę czekającego go maratonu, i kręcił nosem na każdy podbieg – to rasowy ultras nie zwraca uwagi na utrudnienia. Czym trasa trudniejsza, tym większa zabawa. Organizator zwykłego maratonu spędza długie wieczory nad rozmyślaniem jak jeszcze bardziej „wypłaszczyć” trasę swojego biegu – żeby była szybsza. Tymczasem organizator biegu ultra postępuje zupełnie odwrotnie: „Tam jest górka! Zrobimy im podbieg! I to taki, który będą musieli pokonać trzy razy!”. Oto piękno ultra.

Pytanie 3: Czy ultra boli?

Tutaj być może Was zdziwię. Moim zdaniem ukończenie ultramaratonu jest łatwiejsze niż dobre pobiegnięcie maratonu. Dlaczego? Głównie dlatego, że w zawodach ultra jest mniej ścigania, a więcej przygody. W maratonie biegnie się po jak najlepszy czas. A w ultra? W ultra nigdzie nam się nie śpieszy. Owszem, czołówka walczy o zwycięstwo – choć przeważnie nagrody są symboliczne. Ze względu na ogromne dystanse jest to walka w ciszy i osamotnieniu, przy którym pojęcie „samotności maratończyka” nabiera nowego znaczenia. Podczas biegu można przez wiele godzin nie wiedzieć innych rywali.

Oczywiście ultra boli, ale jest to zupełnie inny ból, niż ból maratonu. Ten ból albo lubisz, albo przestajesz biegać ultra. Jak mówią niektórzy: „Nie zwracam uwagi na ból, bo to tylko zajmuje czas”.

Tak. Ultra jest dla wszystkich. Ale trzeba biec spokojnie. Wolno. Poniżej swojej strefy komfortu. Na ultra gdy się zmęczysz, a do mety jest jeszcze 60 kilometrów, to już po Tobie. O ile maratończycy chwalą się tym, że potrafią zagryźć zęby i wytrzymać, to ultrasi wiedzą jedno: nie mogą się zmęczyć. Jak się zmęczą, to będzie źle. Zagryźć zęby i wytrzymać można jak zostało do mety sześć kilometrów. A nie pięćdziesiąt!

Pytanie 4: Czy ultra jest dla wszystkich?

Jeżeli jesteś w stanie przebiec maraton, to możesz startować także w biegach ultra. Ale czy jest to zabawa dla wszystkich? Trudno powiedzieć. Z wieloletnich doświadczeń wiem, że ultra nie da się biegać kilkanaście razy w ciągu roku. Owszem byli tacy, co dawali radę. Byli. I w większości już ich nie ma.

Jakby nie być przygotowanym, jakby nie planować treningów, bez względu na to jakie ma się biegowe doświadczenie: ultra niszczy organizm. To już nie jest sympatyczna zabawa w maraton. To już nie jest przyjemny ból mięśni. To już nie jest kwestia odpoczywania przez dwa dni po biegu. Ultra jest eksploatacją i ciała, i głowy. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że głowa odpoczywa dłużej niż ciało. Przebiegłem ponad sto maratonów, i żaden z nich nie zniszczył mnie tak, że nie chciałem następnego. Tymczasem  po ukończeniu kilku biegów ultra miałem lęki przed kolejnymi startami. A nigdy nie pobiegłem więcej niż 100 kilometrów!

Pytanie 5: Czy warto?

Jeżeli radość na mecie z ukończenia maratonu jest wielka, to na radość z ukończenia ultra brakuje słów. Emocje i przygody, które przytrafiają się podczas biegania ultra, też są zupełnie inne. To inny wszechświat. Różnica jest poza skalą.

Nie wierzycie? Obejrzyjcie film z mojego startu w ultra na Azorach. Niesamowitego, urywającego kapcie biegu ultra pośrodku Oceanu Atlantyckiego. Biegłem tam w 2019 roku. Krótkie ultra, zaledwie 63 kilometry w niskich górach i zimnej dżungli. Rozchorowałem się od samych wspomnień. 63 kilometry w dziesięć godzin, 52 minuty i 40 sekund. A można było biec na 110 kilometrów!

Zanim złapiecie bakcyla pamiętajcie jednak, że ultra to często ścieżka bez powrotu. Znam setki maratończyków, którzy biegają maratony od wielu, wielu lat. I wciąż cieszą się zdrowiem. Znam też dziesiątki ultramaratończyków, którzy już nie biegają. Takich, którzy biegają ultra w szczęściu i zdrowiu od dawna… znam zaledwie kilku. A i oni robią to bardzo rzadko.

W wieloletnim bilansie – ultra to równia pochyła.