To jedna z najbardziej odosobnionych wysp naszej planety. Nie sposób wyobrazić sobie samotności jej mieszkańców: od najbliższego sąsiada – wyspy Pitcairn – dzieli ją odległość 2100 kilometrów. Od najbliższego dużego lądu – wybrzeża Chile – aż 3600.

W tym miejscu pustka oceanu jest wręcz przerażająca. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w Madrycie… a Wasz najbliższy sąsiad… w Moskwie. W odróżnieniu jednak od Madrytu wysepka nie jest metropolią: ma zaledwie 163 kilometry kw. powierzchni. Dużo? To zaledwie 21 kilometrów długości i 8 kilometrów szerokości. Z samotnością Wyspy Wielkanocnej rywalizować może tylko jej historia: ta jest jeszcze straszniejsza.

Wyspa ma wiele nazw: Easter Island, Isla de Pascua, Rapa Nui, Pępek świata, Te Pito o Te Henua, Upito Kura. Oglądając wspaniałe zdjęcia prezentujące ten istny „raj na ziemi” musicie wiedzieć o jednym: jej historia jest przerażająca. Tak jak cudowne są tutejsze krajobrazy, majestatyczne posągi Moai i białe piaski Anakeny (moim zdaniem najpiękniejszej plaży na świecie) – tak historia wyspy jest absolutnym przeciwieństwem raju, który widzimy. To nieprzerwane pasmo masakr, głodu, ludożerstwa, niewolniczej pracy, chorób zakaźnych, wiezień i wojen.

Na temat Wyspy Wielkanocnej napisano setki książek, powstało wokół niej wiele mitów o różnej wartości poznawczej: od tych uzasadnionych, mających podstawy naukowe, poprzez legendy zachowane w pamięci tutejszej społeczności, aż po całkowicie fantazyjne mity, będące wytworami bujnej wyobraźni osób, które nigdy na wyspie nawet nie były. Z okazji Wielkiejnocy – a więc rocznicy odkrycia wyspy – postaram się dzisiaj zmierzyć z kilkoma z nich.

Skąd wzięli się ludzie na Rapa Nui?

Teorii jest kilka, choć żadna z nich – ze względu na brak śladów archeologicznych – nie została do końca zaakceptowana. Wg badań szczątków roślinnych ustalono, że wyspa została zasiedlona przez ludy polinezyjskie pomiędzy VII a X (maksymalnie XI) wiekiem naszej ery. W owych czasach na całym terenie Oceanu Spokojnego miała miejsce intensywna ekspansja ludów polinezyjskich: na swych niewielkich łodziach zasiedlały one tysiące wysp rozsianych po największym oceanie Ziemi. Polinezyjczycy przemierzyli niemal cały Pacyfik – od archipelagu Hawajów na północy, aż po Nową Zelandię na południu. Rapa Nui, bo tak w języku tubylców nazywa się Wyspa Wielkanocna, stała się najdalej na wschód położonym miejscem, do którego dotarła ich osiedleńcza fala.

Polinezyjczycy zawsze byli ludami wojowniczymi. Przekonać się o tym mogli choćby europejscy podróżnicy odkrywający w XVI i XVII wieku rozsiane po bezkresach Pacyfiku archipelagi. Krwawe bitwy, ludożerstwo, opisywane przez odkrywców przerażające wyprawy łowców głów – to chleb powszechny tamtych czasów. O tym jak skutecznymi wojownikami byli Polinezyjczycy przekonać się możemy choćby odwiedzając Nową Zelandię: zamieszkujący ją Maorysi (potomkowie Polinezyjczyków) są jedynym pierwotnym ludem naszej planety, którego nie udało się nigdy pokonać europejczykom.

Polinezyjczycy nie odkrywali nowych wysp dlatego, że lubili podróżować. Do wypraw osiedleńczych zmuszały ich realia życia na niewielkich, separowanych archipelagach. Gdy osiedlali się w nowym miejscu, ich populacja rosła początkowo pokojowo. Gdy jednak zaczynały się kończyć mocno ograniczone zasoby naturalne wyspy, plemiona szybko dzieliły się na klany, które rozpoczynały krwawe wojny. Przegrani zostawali zabici, zjedzeni lub wygnani. Wygnańcy wyruszali wtedy czym prędzej na ocean, by odszukać nowy ląd nadający się do osiedlenia. Nową ojczyznę.

I taka też była historia odkrycia i zasiedlenia Rapa Nui. Jak podają ustnie przekazywane legendy, praprzodkowie mieszkańców Wyspy Wielkanocnej setki lat temu przegrali wielką wojnę i zmuszeni zostali do ucieczki. Wysłali więc w różne strony świata zwiadowców na małych łodziach, by poszukali nowej wyspy. Siedmiu z nich popłynęło na wschód: na tereny, których nikt jeszcze nigdy nie odwiedził. Po wielu miesiącach wrócili z dobrą wieścią: daleko za horyzontem natrafili na niezwykle oddaloną wyspę, która nadaje się do zamieszkania.

Wódz klanu – Hotu Matua – zarządził wyprawę. Stu jedenastu ocalałych członków jego rodu wsiadło do drewnianych łodzi, zabrało ze sobą wszystkie możliwe sprzęty, narzędzia, zwierzęta – i powiosłowało na wschód. Po wielu dniach niebezpiecznej wędrówki zobaczyli obiecany ląd: Rapa Nui. Łodzie przybiły do brzegu na jedynej plaży na wyspie: ku upamiętnieniu tego wydarzenia nazwano ją Anakeną.

Polinezyjczycy dotarli do raju. Wyspa pełna była drzew, roślin, zwierząt, ptactwa. Dla osłabionego i zdziesiątkowanego klanu było to wspaniałe miejsce: z dala od jakichkolwiek wrogów, od zagrożeń, od brutalnych walk i ciągłej rywalizacji. By zdobyć pożywienie wystarczyło wspiąć się na palmę, lub wejść do lasu – nieprzywykłe do człowieka zwierzęta można było łapać w ręce.

Nic dziwnego, że w tak idyllicznych warunkach nowi mieszkańcy zaczęli bardzo szybko zwiększać swoją populację. Szacuje się, że w ciągu zaledwie stu lat zasiedlili całą wyspę i podzielili się na odrębne grupy. Jak mówi legenda: gdy mityczny przywódca, Król Hotu Matua, umierał – podzielił wyspę pomiędzy swoich dziesięciu synów. Ten podział na dziesięć odrębnych plemion przetrwał aż do czasów, kiedy na wyspie wylądowali pierwsi Europejczycy. W pewien sposób stał się on potwierdzeniem tej przekazywanej przez dziesiątki pokoleń historii.

Wioślarze, którzy dotarli na Rapa Nui, przywieźli na wyspę pamiątkę ze swojej pierwotnej ojczyzny. Był to kamień w kształcie jaja zwany „Te Pito O Te Henua”, czyli Pępek Świata. Wg wierzeń jest to jajo narodzin, odpowiednik macicy, która zrodziła Polinezyjczyków. Kamień jest dla mieszkańców tak święty, że nawet podczas bratobójczych walk – nikt nigdy nie odważył się go zniszczyć.

Pępek Świata można oglądać do dziś. Na pobliskiej plaży Anakena znajduje się także wyrzeźbiony kilkaset lat temu posąg Króla Hotu Matua – jedyny spośród 887 odnalezionych posągów Moai, co do którego wiadomo kogo przedstawia. Mieszkańcy wyspy są pewni: oto nasz król – ten, który przywiódł nas na tę wyspę.

W innej części wyspy znajdziecie także stojące na swoim Ahu siedem potężnych Moai przedstawiających wojowników: są to mityczni zwiadowcy, którzy odkryli wyspę i powrócili do króla z informacją o jej położeniu. Co ciekawe posągi tych zwiadowców jako jedyne zwrócone są twarzami w stronę oceanu. Wszystkie pozostałe Moai zwrócone są ku wnętrzu wyspy. Tych siedmiu wioślarzy patrzy na zachód: wypatrują kolejnych uciekinierów i porzuconych za horyzontem setki lat temu krewnych.

Odkrycie Wyspy Wielkanocnej

Wyspa dla cywilizacji europejskiej została odkryta 5 kwietnia 1722 roku. Dokonał tego dokładnie w dniu Wielkiejnocy holenderski żeglarz Jacob Roggeveen. Holendrzy płynęli na trzech statkach: celem ich wyprawy było poszukiwanie legendarnej Terra Australis – ogromnego lądu położonego gdzieś na południowych wodach Pacyfiku. Wyprawa spędziła u brzegów wyspy zaledwie kilka dni; to nie był ląd, którego szukali. Jednak dzięki ich krótkiej relacji wiemy, że Wyspa Wielkanocna już wtedy była zamieszkana: Holendrzy oszacowali jej populację na około 3 tysiące mieszkańców. Zauważyli także liczne posągi stojące wzdłuż brzegów wyspy; nie zwrócili jednak na nie specjalnej uwagi. Dzięki tej krótkiej wzmiance wiemy jednak, że w 1722 roku wszystkie one stały jeszcze niezniszczone na platformach zwanych Ahu.

Rapa Nui znikła na pięćdziesiąt lat z pola widzenia historyków. Na kolejną wizytę europejczyków wyspa musiała czekać aż do 1773 roku, kiedy to wylądowała na niej wyprawa jednego z największych podróżników wszechczasów, Brytyjczyka Jamesa Cooka. Tym razem członkowie wyprawy zarejestrowali ponury obraz wyspy: głodujących mieszkańców, zniszczone pola, obalone setki posągów Moai.

Bratobójcza wojna głodowa.

Co takiego wydarzyło się na wyspie w ciągu zaledwie półwiecza rozdzielającego przybycie Holendrów i Brytyjczyków? Jak doszło do tego, że kwitnąca wyspa przeobraziła się w posępny ląd przygnieciony brzemieniem głodu i rzezi? Nigdy się tego nie dowiemy, ale są pewne poszlaki.

Symulacje wykazują, że rosnąca populacja mieszkańców w pewnym momencie wyczerpała zasoby naturalne wyspy. Badania terenowe udowodniły, że na przełomie XVI i XVII wieku liczba tutejszej ludności mogła wynosić nawet 15-18 tysięcy osób! Potomkowie pierwszych stu jedenastu członków królewskiego klanu  rywalizowali ze sobą o zasoby: wodę, żywność, terytorium. Początkowo była to tylko walka o prestiż: wyspą owładnęła psychoza wznoszenia słynnych do dziś kamiennych posągów – Moai. Według wierzeń posągi te zatrzymywały pierwotną siłę wodzów i bohaterów, która wspierała członków danej grupy. Czym więcej dane plemię miało posągów, i czym były one większe – tym grupa stawała się silniejsza i ważniejsza.

Swoisty religijny wyścig zbrojeń doprowadził gospodarkę wyspy do zapaści. Wykuwanie z wulkanicznych skał kolejnych posągów wymagało trzech rzeczy: czasu, ludzi i materiałów – drewna, kamieni, żywności. Samonapędzające się szaleństwo spowodowało, że stabilny do tej pory bilans zasobów wyspy został zachwiany. Pewnego dnia wycięto ostatnie drzewo. Zjedzono ostatnią gęś. Budowa posągów zamarła. Wiele z Moai – wciąż niedokończonych – stoi na stokach wulkanu Rano Raraku przyciągając dziś turystów całego świata.

Potwierdzeniem tej legendy są zapiski holenderskich żeglarzy; wspominają oni o tym, jak wylądowawszy na wyspie w 1722 roku na jednym ze wzgórz okrętowi cieśle postawili wielki, drewniany krzyż. To działanie wywołało ogromny entuzjazm wśród tubylców – drewno było wtedy już na wyspie absolutnie nieosiągalne. Holendrzy myśleli, że tubylcy cieszą się ze znaku krzyża, tymczasem chodziło tylko o surowiec…

Brak drewna spowodował nie tylko zakończenie ery budowania posągów. Ogołocona z lasów wyspa padła ofiarą monsunów i ulewnych deszczy; żyzna do tej pory gleba spływała do oceanu lub była porywana przez wiatr. Przyszedł wielki głód. Wkrótce, wraz ze zużyciem ostatnich palmowych bali, mieszkańcy stracili także możliwość zdobywania pożywienia z oceanu – nie mieli z czego budować łodzi. Utracili wszystkie cechy wiążące ich z przodkami: w ciągu dwóch pokoleń stracili  nawet umiejętność nawigowania po Pacyfiku. Z wielkich żeglarzy stali się więźniami wyspy.

Wylesienie i utraty gleby nie były jedynymi katastrofami, wkrótce przyszła kolejna. Pozbawiona szaty roślinnej wyspa przestała akumulować wodę deszczową. Musicie wiedzieć o tym, że do dziś na Wyspie Wielkanocnej nie ma ani jednej rzeki czy strumienia. Nie ma tutaj żadnych naturalnych źródeł. Jedyna zdatna do picia woda pochodzi z deszczu. Woda, którą piją dzisiejsi mieszkańcy w całości dowożona jest z odległego o 3600 kilometrów Chile.

Wojna

Głód to – w ocenie tych, którzy go doświadczyli – najstraszniejsza z plag. Historia całej ludzkości to w dużej części historia głodu. I głód, który zapanował na Rapa Nui, jest tego przykładem. W regionach położonych na kontynentach, gdy zapanował głód zawsze można było podjąć wędrówkę. Uciec w poszukiwaniu jedzenia. Na tak samotnej wyspie jak Wyspa Wielkanocna nie było takiej możliwości. Wybuchła krwawa wojna pomiędzy klanami. Pokonanych mordowano i zjadano. Nie brano jeńców, gdyż nie było dla nich pożywienia. To oni stawali się pokarmem. Wyjściem była całkowita eksterminacja konkurentów do zasobów. Była to najokrutniejsza z wojen: wojna o jedzenie.

Do dziś na wyspie przetrwały skrawki opowieści o duchach snujących się pomiędzy skałami. Te postacie to przerażające „Kava-Kava”. Przypominające ludzi stwory z zapadniętymi (lub rozdętymi) brzuchami, przerażająco chude, z szaleństwem w oczach. Wizerunki zdeformowanych, odrażających postaci zostały poddane analizie przez dzisiejszych lekarzy. Uznali oni, że wyobrażenie Kava-Kava może być kulturowym wspomnieniem pandemii głodu, która dotknęła wyspę kilkaset lat temu.

Mieszkańcy Rapa Nui przetrwali wielki głód. Przeżyli kosztem tysięcy ofiar. Populacja wyspy zmniejszyła się dziesięciokrotnie, a archeolodzy w licznych tutejszych jaskiniach identyfikują ślady ludożerstwa. Pierwotne lasy nigdy już nie wróciły na wyspę. Jak sobie więc poradzono?

Jednymi z mniej znanych zabytków wyspy są otoczone kamiennymi płotami niewielkie, czasem zaledwie kilkumetrowe, poletka uprawne. Mieszkańcy Rapa Nui dokonali rzeczy niezwykłej – wznieśli takie ogrodzenia, o wysokości pół metra, na całej wyspie. One to, choć niewysokie, zatrzymały – niczym w pułapkach – resztki gleby. Obliczono, że przy wzniesieniu tych ogrodzeń pod względem objętości przeniesionego surowca wykonano pracę porównywalną z budową Wielkiej Piramidy Cheopsa w Egipcie. Wodę zaś tubylcy czerpali z jaskiń, które stały się ostatnim rezerwuarem wody pitnej. Jej wysoka mineralizacja jest jednak szkodliwa, i spożywanie wody z podziemnych sadzawek wskazuje się jako kolejną przyczynę powstania legendy o upiornych istotach „Kavi-Kavi”. Podziemne jaskinie ciągnące się pod wyspą to jedne z najmniej znanych aspektów wyspy.

Mit Ameryki Południowej

Niezwykle intrygująca jest teoria dotycząca możliwości zasiedlenia Wyspy Wielkanocnej przez mieszkańców Ameryki Południowej. Zapoczątkował ją norweski podróżnik Thor Heyerdahl, który zwrócił uwagę na kilka niezwykłych podobieństw pomiędzy architekturą i zwyczajami wyspiarzy, a kulturą cywilizacji południowoamerykańskich. Sposób dopasowywania kamiennych bloków, przebieg niektórych ceremoniałów – a nawet uprawa roślin, które występują wyłącznie w Ameryce Południowej. Na tej podstawie Heyerdahl postawił tezę, że wyspa została zasiedlona nie przez Polinezyjczyków, ale przez… Inków.

Teoria ta nie oparła się próbie czasu. Współczesne badania – choćby genetyczne – nie pozostawiają cienia wątpliwości: Rapa Nui zasiedlili na przełomie tysiąclecia Polinezyjczycy. Jednak pozostała pewna legenda…

Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej opowiadają o wydarzeniu mającym miejsce kilkaset lat po śmierci Króla Hutu Matua. Pewnego dnia ze wschodu miały przypłynąć liczne łodzie, z których na wyspę zeszli dziwni ludzie. Było to niezwykłe, bo nikt z nich nigdy nie widział nikogo spoza wyspy – wierzyli, że są jedynymi mieszkańcami świata, a legendę o swojej wędrówce przez ocean już wtedy traktowali jako… legendę.

Dziwni ludzie byli innego wzrostu, mieli inną skórę, i posiadali dziwne przedmioty. Nie było ich wielu, ale mieli dobre narzędzia, byli wyniośli i władczy. Nie wiadomo dlaczego, ale nie mogli już odpłynąć z wyspy. Ze względu na niepomyślne wiatry? Może ich łodzie po długiem rejsie nie nadawały się do dalszego użytku? A może też byli uciekinierami, członkami jednego z wielu podbitych przez Inków ludów zamieszkujących wybrzeże ameryki?

Nowi przybysze osiedlili się w północno-wschodniej części Rapa Nui, zwanej dziś Półwyspem Poike. Początkowo współżycie układało się pokojowo, ale relacje między jednymi i drugimi były coraz bardziej napięte. Co ciekawe legenda wspomina, że tubylcy na przybyszów mówili „długousi” – ze względu na sposób kształtowania przez nich małżowin usznych u dzieci. Taką samą formę deformacji uszu stosowała… inkaska szlachta. Nie wiadomo jednak, z jakich czasów pochodzi nazwa „długousi” – czy była w użyciu od dawna, czy powstała dużo później pod wpływem opowieści migrujących na wyspę europejczyków?

W końcu doszło do nieuniknionego. Rywalizacja o zasoby spowodowała wybuch krwawej wojny. Długousi, choć nieliczni, bronili się długo stosując taktykę nieznaną tubylcom – ogrodzili cały zajęty przez siebie półwysep głębokim rowem oraz palisadą. Pewnej jednak nocy, używając ognia i podstępu, lokalne plemiona przedarły się przez umocnienia i nastąpiła rzeź. Do rana przeżył tylko jeden długouchy, którego ocalić miała kochanka – ukryła go w swoim domu, a gdy wszystkich już wymordowano – jego jedynego oszczędzono. Podobno miał dzieci ze swoją wybranką, a jego krew wciąż płynie w jednym z tutejszych rodów.

Półwysep Poike jako jedyny obszar Wyspy Wielkanocnej jest zamknięty dla turystów. Jako miejsce święte jest niedostępny do wędrówek. Wzdłuż niego ciągnie się długi i szeroki rów, który widać doskonale nawet na zdjęciach satelitarnych…

Krajobraz po bitwie.

Ostatecznie populacja mieszkańców Rapa Nui przetrwała wszystkie klęski, które spadły na nią w pierwszej połowie XVI wieku. Wielki głód, katastrofa naturalna, bratobójcze wojny, kanibalizm, klęskę pragnienia. Gdy James Cook dotarł na wyspę w 1773 roku – w 52 lata po jej odkryciu przez holendrów – Rapa Nui była wrakiem. Miejscem strasznym i wyjałowionym. Ale wciąż unosiła się na powierzchni. Populacja ustabilizowała się na poziomie umożliwiającym wyżywienie mieszkańców, choć jak zanotowali europejczycy: wszystkie potężne posągi Moai legły w gruzach.

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że się udało. Przetrwali. Niestety dla Wyspy Wielkanocnej dopiero w tym momencie rozpoczęły się najmroczniejsze czasy. Europejczycy przywlekli na wyspę zarazę (niektórzy dowodzą, że choroby przywlekli już Holendrzy i były ona jednym z powodów wybuchu bratobójczych wojen). Wkrótce wyspę zaczęli odwiedzać także piraci; zabijali oni mieszkańców, porywali mężczyzn, sprzedawali kobiety. Pewnego dnia wielka piracka wyprawa opanowała całą wyspę, i pokonawszy ostatniego wodza w bitwie na zboczach krateru Kanu Kao, wywiozła 95 procent jej mieszkańców do Chile. Tam trafili oni jako niewolnicy do słynnych kopalni srebra w Potosi; zmarli niemal wszyscy.

W 1887 roku populacja wyspy spadła do 110 mieszkańców. Z 18 tysięcy wróciła do pierwotnej liczby wioślarzy, którzy zeszli na ląd dziewięćset lat wcześniej…

Wyspę przejęło Chile. Władze tego kraju widząc, że wyludnia się ona w zastraszającym tempie, uwolniły żyjących jeszcze w nieludzkich kopalniach Potosi ostatnich rdzennych mieszkańców Wyspy Wielkanocnej. Zapewniły im nawet statek, który miał przewieźć ich z powrotem na wyspę… Podczas rejsu na statku wybuchła jednak pandemia grypy, i większość powracających zmarła – wraz z ostatnim kapłanem i wodzem. Byli to członkowie kasty wodzowskiej, ostatni ludzie posiadającymi wiedzę o historii i przodkach ginącego narodu. Ze względu na śmierć wszystkich przywódców nigdy nie udało się odcyfrować niezwykłego lokalnego pisma, Rongorongo. Tysiące tabliczek zapisanych symbolicznymi i kontekstowymi znakami wciąż czekają na przetłumaczenie, ale jak przyznają naukowcy – szansa na to, że się to kiedykolwiek uda, jest już niewielka.

Ci, którzy przeżyli podróż statkiem, znieśli na ląd grypę. Po raz kolejny zdziesiątkowała ona ostatnich mieszkańców Rapa Nui. Zostało ich tak niewielu, że chilijskie władze poszukiwały potomków na innych wyspach Pacyfiku – by sprowadzić ich do domu. W końcu nie widząc sensu w dalszym utrzymywaniu wyspy Chile wydzierżawiło ją brytyjskiemu hodowcy owiec. Ten zamknął wszystkie pozostałe przy życiu osoby w wiosce Hanga Roa. Ogrodził ją, i zakazał rdzennym mieszkańcom wychodzić na zewnątrz bez pozwolenia… pod karą śmierci. Ich mały, zaledwie 163 kilometrowy świat, skurczył się do kilku kilometrów. Zakaz ten przetrwał aż do… 1930 roku. Całe pokolenie mieszkańców Rapa Nui spędziło życie w więzieniu o rozmiarze niewielkiej wioski.

Trąd

Na początku XX wieku na wyspie wybuchła kolejna epidemia – z Tahiti przywleczono na Wyspę Wielkanocną trąd. Mieszkańców podejrzewanych o zakażenie przetrzymywano początkowo w jaskiniach, a w końcu zamknięto w izolowanym szpitalu dla trędowatych (tzw. leprozorium). Tak rozpoczęła się kolejna tragiczna karta w historii wyspy. Za najmniejszy objaw trądu dzieci trafiały na całe życie do izolacji – bez możliwości jego opuszczenia. Bywało, że ludzi zsyłano do leprozorium za karę – bez żadnych objawów. Jako że trąd był nieuleczalny, to była to kara bez powrotu…

Dziś tamte wydarzenia określa się mianem „Nuestro Auschwitz”. Kobiety, a nawet 14-letnie dziewczynki, były gwałcone przez wojskowych strażników. Mężczyźni byli bici i izolowani. Rapanuiczycy nie mogli opuszczać wyspy aż do końca lat 70-tych. Podejmowano jednak liczne próby ucieczki: w 1955 roku chorzy zbudowali 14-metrową łódź, zaopatrzyli ją w wodę i zapasy żywności. Zwrócili się do chilijskiej marynarki wojennej z prośbą o zgodę na wypłynięcie na połów ryb. Podczas inspekcji jachtu odnaleziono zapasy i łódź zarekwirowano…

Rok później, w 1956 roku, kolejna łódź z chorymi na trąd wypłynęła w morze. Chcieli dopłynąć do odległego o 4200 kilometrów Tahiti. Zerwał się sztorm, wszyscy utonęli. Następna próba ucieczki miała miejsce w 1957 roku; dwie łodzie pełne chorych zawróciła straż wybrzeża. Już rok później miała miejsce inna próba: tym razem przygotowano wszystko najlepiej jak tylko można było. Na zdobytej w tajemnicy łodzi znalazły się zapasy wody oraz zasuszono mięso zabitej krowy. Łódź pomieściła 20 chorych – część z nich nie miała już rąk, nóg, twarzy. Łódź była przeciążona i od razu głęboko się zanurzyła. Starsi Rapanujczycy opowiadali, że widzieli wypływających uciekinierów – wybrali śmierć na morzu niż dalsze gnicie w uwięzieniu. W nocy nadeszły 10-metrowe fale, nigdy nie odnaleziono nikogo z tej grupy. To była ostatnia ucieczka w historii Rapa Nui.

W 2008 roku zmarł ostatni przetrzymywany trędowaty. Miał na imię Papiano Ika Tuki. Do końca swoich dni był więźniem leprozorium. Jak napisał o nim w swojej książce pt.” Wyspa Wielkanocna” Zdzisław Jan Ryn:

„Był już ociemniały od choroby. Ręce pozbawione palców, nos zapadnięty, uszy i usta zniekształcone. Do kikuta ręki miał przytwierdzony na stałe metalowy widelec. Mógł spacerować po podwórzu, które otoczono drutem, po którym przesuwał kikut ręki by się nie zgubić”. 

Czasy dzisiejsze

Na Wyspę Wielkanocną wyruszyłem w 2017 roku. Dawno temu – biorąc pod uwagę fakt, co od tamtej pory wydarzyło się na świecie. Przecudne krajobrazy, zatykające dech widoki. Zieleń. Palmy. Cudna dzicz. Obecnie wyspę zamieszkuje około 8 tysięcy mieszkańców, z czego mniej więcej 3 tysiące to osiedleni tutaj na stałe Chilijczycy. Rapa Nui ma swój własny parlament, co jakiś czas podnoszą się głosy o potrzebie uzyskania niepodległości. Wyspa jest jednak absolutnie uzależniona od dostaw z zewnątrz: nie ma tutaj nawet wody pitnej – wszystko sprowadzane jest statkami z Ameryki Południowej. Chleb kosztuje 40 złotych. Najprostszy nocleg – 120 dolarów. Butelka wody w sklepie 20 złotych, w restauracji 50…

Mieszkańcy Rapa Nui mają (mieli?) do wykorzystania dwa bezpłatne bilety lotnicze na kontynent (rocznie). Na wyspie nie ma więzienia: jeżeli zostaniesz skazany na karę więzienia to jej wykonanie polega na zakazie opuszczania wyspy. Jedyne lotnisko na początku lat 80-tych wybudowali tutaj amerykanie – było awaryjnym lądowiskiem dla promów kosmicznych. Wyspa do dziś nie ma nawet portu; cały fracht wyładowywany jest na pełnym morzu. Jak więc miałaby poradzić sobie z niepodległością?

Przed pandemią Covid-19 na Wyspę Wielkanocną dziennie przylatywały z Ameryki Południowej dwa samoloty pasażerskie. 500-700 turystów. Wyspa była zadeptywana, branża turystyczna stanowiła jednak jedyne stałe i pewne źródło dochodu. Nie ma tu żadnych surowców, gospodarki, przemysłu. Ludzie żyją z tego co wyhodują w ogródku, oraz ze zwierząt, które pasą się na łąkach. Pozostałością po Europejczykach jest ogromna populacja zdziczałych koni: żyje ich na wyspie około trzech tysięcy.

Od dwóch lat Rapa Nui jest praktycznie odcięte od świata: zawieszone zostały loty pasażerskich samolotów. Turystyka umarła. Od roku przeglądam połączenia na wyspę, bezskutecznie. Mieszkańcy ponownie stali się jej więźniami.

Każdą tragiczną historię można przyklepać, pokolorować, upudrować. Zobaczcie jakie piękne zdjęcia zachodów słońca. Jakie wspaniałe fotografie posągów Moai. Jakie cudowne krajobrazy. Raj na ziemi każdego Instagramera. Idylla.

Jednak Rapa Nui to nie raj. To piekło.

Zdjęcia: Anna Sawińska

Historii wyspy nie da się opisać w jednym artykule. Jeżeli interesuje Was ten temat, to gorąco polecam książkę „Wyspa Wielkanocna – eskulap na Rapa Nui” pióra Z. J. Ryna. Lektura jest niesamowita.

Chcesz zobaczyć więcej zdjęć? Kliknij znaczniki na poniższej mapie.

Więcej artykułów z wyprawy na Wyspę Wielkanocną?

Więcej obiektów UNESCO?