Na pomysł wyjazdu do Egiptu i startu w Luksorskim maratonie wpadłem pięć lat temu. Skusiły mnie znalezione w otchłaniach internetu opinie, że jest to… jeden z najgorzej zorganizowanych maratonów na świecie. Na zagranicznych forach biegowych przeczytałem opowieści o zaczepiających biegaczy (a zwłaszcza samotne biegaczki) dzieciach, o źle zabezpieczonej trasie, o braku punktów z wodą – oraz o likwidacji mety zanim wszyscy uczestnicy zdążą do niej dobiec. Zachęcony tymi historiami pojechałem sprawdzić (i przeżyć) to osobiście. Jak było w rzeczywistości?

Przez kilka lat nad moim wyjazdem do Egiptu panowała specyficzna klątwa. Zapisany na maraton w Luksorze byłem już trzykrotnie: za pierwszym razem nie udało mi się znaleźć na wyjazd żadnych współtowarzyszy (a nie lubię podróżować samotnie). Za drugim zaś razem mój paszport utknął w ambasadzie Rosji w Warszawie: w oczekiwaniu na wbicie wizy umożliwiającej start w maratonie na zamarzniętym Bajkale (2019 rok)

Jak mówi przysłowie „co się upiecze, to nie uciecze”. Udało się za trzecim razem – i rzeczywiście przygód związanych z tymi zawodami było mnóstwo!

Start w tym niezwykłym biegu zacząć należy od internetowej rejestracji. Na pierwszy rzut oka opłata startowa jest dość wysoka; wynosi około 1500 złotych od osoby. W tej cenie otrzymujemy nie tylko możliwość startu w maratonie, ale także dwa noclegi w najbardziej luksusowym hotelu w Luksorze, transport autobusem na linię startu (wraz z późniejszym powrotem do hotelu) oraz udział w uroczystym bankiecie po biegu.

Za sprawą tych dodatkowych świadczeń przyznać trzeba, że opłata startowa jest „bolesna”. Po głębszym wczytaniu się w regulamin znaleźliśmy jednak możliwość rezygnacji zarówno z hotelu, jak i z bankietu. Efekt? Opłata rejestracyjna spadła do 480 złotych od osoby. To już bardziej rozsądna cena; zwłaszcza, że odpowiadający nam hotel mogliśmy przecież na miejscu wynająć sami.

Przez kolejne tygodnie otrzymywaliśmy od organizatorów mailowe propozycje skorzystania z ich hotelu. Trochę nas kusili zniżkami, a trochę straszyli: że nie uda nam się bez ich pomocy dotrzeć na start, że za taksówkę będziemy musieli zapłacić 60 dolarów w jedną stronę, że nie ma w Luksorze w tym terminie już wolnych miejsc w hotelach. Byliśmy jednak asertywni: ostatecznie za samodzielnie zarezerwowany na miejscu hotel zapłaciliśmy po 85 złotych od osoby (za dobę), a taksówka kosztowała nas 10 dolarów za cztery osoby (a nie 60 za osobę…)

Start do Luxor Marathon znajduje się na zachodnim brzegu Nilu, w pobliżu dzielnicy zwanej West Bank. Jest to raczej „zła” dzielnica – jednak przy odrobinie doświadczenia można sobie z nią poradzić. Jest tu dużo wojska i policji; praktycznie na każdym skrzyżowaniu i wzdłuż głównych dróg stoją patrole uzbrojonych w karabiny policjantów chronionych tarczami oraz specyficznymi bunkrami na tzw. „betonowej łapce”.

Organizatorzy nieprzypadkowo wybrali tak dziwne miejsce na rozegranie maratonu: zdecydowała o tym bliskość starożytnych zabytków. West Bank to dzielnica „przytulona” do legendarnej Doliny Królów – miejsca wieczystego spoczynku faraonów z XVIII-XX dynastii. Zaledwie sto metrów od startu znajduje się także wspaniale odrestaurowana przez polskich archeologów Świątynia Hatszepsut. Podczas zawodów pokonuje się trasę wiodącą zaledwie kilkanaście metrów od imponujących, starożytnych budowli.

Start biegu miał miejsce o 7 rano w piątek, 13 stycznia. Niewiele brakowało, by ta data okazała się pechowa. Nasz prywatny „apartament” znajdował się 4 kilometry od linii startu – i choć w pierwotnym planie była opcja, że dotrzemy tam pieszo, to właściciel obiecał, że zawiezie nas rano swoim autem. Oczywiście zaspał, i jego taksówka nie pojawiła się zgodnie z planem. Co ciekawe nie mogliśmy także pobiec na start sami, gdyż dom w którym mieszkaliśmy otoczony był trzymetrowym płotem zwieńczonym pionowymi prętami oraz drutem kolczastym. A stalowa brama prowadząca na ulicę zamknięta była na cztery spusty…

Dzwoniliśmy i wołaliśmy. Ostatecznie udało się obudzić kierowcę taksówki mieszkającego dwa budynki dalej. Na linię startu dotarliśmy na 10 minut przed rozpoczęciem zawodów. Wszystko zgodnie z planem!

Maraton w Luksorze rozgrywany jest na czterech 10-kilometrowych pętlach (plus 2-kilometrowy dobieg do mety). Znajdująca się przy linii startu Świątynia Hatszepsut nie jest jedyną atrakcją trasy: konkurują z nią słynne Kolosy Memnona – pochodzące z 1370 roku p.n.e. ogromne posągi Faraona Amenhotepa III stojące niegdyś u wrót potężnej świątyni. Już tylko dla tych zabytków warto było tutaj przyjechać; a to przecież nie koniec – uczestnicy zawodów przebiegają także obok Świątyni Setiego I, Doliny Królowych, Świątyni Totmesa III, Pałacu Ramzesa III, nekropolii Dra Abu el-Naga…

Styczniowa pogoda w Egipcie jest łaskawa dla sportowców: na starcie przywitała nas idealna do biegania temperatura… 7-8 stopni Celsjusza. Później niestety było już tylko trudniej – za sprawą Boga-Słońca Amona na mecie panowało około 24 stopni. Na trasie rozmieszczonych było pięć punktów z wodą – na każdej z czterech pętli. To dużo; szkoda jednak, że była na nich (z jednym wyjątkiem) tylko woda.

Zapewne czekacie teraz z niecierpliwością na odpowiedź na pytanie, czy Luxor Marathon to rzeczywiście jeden z najgorzej zorganizowanych maratonów na świecie? Odpowiadam: nie jest to prawda. Owszem: już w połowie dystansu organizatorzy biegu zaczęli demontować zabezpieczenia trasy – dzięki czemu kolejne okrążenia pokonywaliśmy przy pełnym ruchu ulicznym, lawirując między ciężarówkami, koparkami i osłami mozolnie ciągnącymi drewniane wozy. Z każdą kolejną godziną biegu spadała także liczba policjantów pilnujących trasy – i rzeczywiście; kiedy wbiegałem na metę, większość jej infrastruktury też już zdemontowano.

Prawdą jest także to, że na kilometr przed metą tutejsze dzieci obrzuciły mnie kamieniami (co spotkało i innych biegaczy). Włóczące się po trasie grupy dzieciaków krzyczała za mną, pokazywała środkowy palec, zaczepiały mnie, prosiły bym oddał im mój sportowy zegarek… Ale wszystko inne było spoko!

Dobiegłem do mety nie dość, że szczęśliwy, to i z przekonaniem, że ogólnie nie czułem na trasie żadnego zagrożenia. Lawirowałem pomiędzy autami, ale… po to matka natura wykształciła nam ruchomą szyję, byśmy mogli się rozglądać na boki. To prawda, że dzieci krzyczały i zaczepiały – ale jak to dzieci: dla nich zawody sportowe odbywające się bezpośrednio pod ich domami to przecież wielka frajda. A że chciały mój zegarek? Też taki chciałbym mieć. Jedyne co przekroczyło moją strefę komfortu, to wspomniane rzucanie kamieniami. Jest to jednak pewnego rodzaju tradycja: jak pisał w 1932 roku Polski podróżnik – Kazimierz Nowak – w swojej książce pt „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”:

„Droga zła, górą pali żarne słońce, a dzikie gromady dzieci obrzucają mnie gradem spalonej grudy i szczują złośliwe psy… Tu natrętny żebrak, gdy go odegnasz, wyzwie cię i kamieniami obsypie. Gdy zaś dasz grosz, zwoła zgraję przyjaciół i skórę z ciebie zedrze. Taki właśnie Egipt poznałem.”

Jeżeli tylko czujecie, że dacie radę przejść nad tymi kilkoma niedogodnościami do porządku dziennego, to Luksorski maraton gorąco Wam polecam. Jeżeli od biegania – i podróżowania – wymagacie czegoś więcej, niż bliskości Berlina, egzotyki Londynu i piękna Paryża – to maraton w Luksorze także Wam polecam. Jeżeli macie doświadczenie w wyjazdach trochę choćby trudniejszych niż weekend spędzony w Pradze – to maraton w Luksorze tym bardziej Wam polecam. Niestety przykro mi to pisać – wiem, że Was zawiodę – ale Luxor Marathon nie jest jednym z najgorzej zorganizowanych maratonów świata. Myślę, że tę miejską legendę odczarowałem.

Maraton w Luksorze nie jest dużą imprezą jak na europejskie standardy. Dystans maratonu ukończyło 60 biegaczy, półmaratonu – 39, biegu na dystansie 12 km – 45, a najkrótszą „piątkę” – 62 osoby. Z dziennikarskiego obowiązku podaję wyniki Polaków:

Luxor Halfmarathon:

33. Paweł Szczepkowski – 02:24:47

Luxor Marathon:

39. Konrad Niespiałowski – 04:28:50
43. Katarzyna Smolińska – 04:31:51
44. Sławomir Smoliński – 04:37:33
49. Szymon Babiński – 04:47:25
50. Michał Walczewski – 04:47:56

Kolejna edycja już za rok. Polecam!

PS. To był mój 129 maraton w życiu, i 63 kraj w którym pokonałem na zawodach ten królewski dystans. Do pełni szczęścia brakuje mi więc już tylko około 150 krajów. Chwilo trwaj!

Więcej materiałów z kategorii Maratony Świata?