Monastyr Akhtala / Klasztor Achtala / leży na północy kraju, na wzgórzu dominującym nad miastem o tej samej nazwie, w graniczącej z Gruzją prowincji Lori. Jest to region o liczącej setki lat tradycji wydobywczej – w tutejszych górach kopano miedź, srebro a nawet złoto. W czasach Związku Radzieckiego znajdowały się tu ogromne kopalnie miedzi, których industrialne pozostałości przetrwały do dnia dzisiejszego: jadąc przez góry podziwialiśmy ciągnące się kilometrami ruiny kopalń, linii transportujących urobek i hut. Niestety nie udało nam się ich zwiedzić – zabrakło na ten cel drogocennego czasu. To niewątpliwy raj dla każdego miłośnika urbex-u.
Monastyr wznosi się pośrodku górskiej twierdzy, chroniony z trzech stron głębokimi wąwozami. Jedyne wejście na szczyt wzgórza znajduje się od strony północnej, i flankowane jest murem obronnym oraz wysoką kamienną wieżą. W jej przyziemiu znajduje się drewniana brama, przez którą przechodzimy do innego świata – wkraczamy na skalny cypel zawieszony wśród chmur.
Tym, co odróżnia Klasztor Achtala od kilkunastu jemu podobnych obiektów w Armenii jest całkowita cisza i spokój panujący na jego terenie. W odróżnieniu od konkurentów nie jest on szeroko reklamowany, a dostępu do niego pilnują góry, przez które trzeba się przedostać by tu dotrzeć. Nie oznacza to jakichś trudności technicznych – po prostu większość turystów wybiera monastyry leżące na południu Armenii, omijając północ kraju. Z Erywania jest tu około 5-6 godzin jazdy.
Miejsce warte jest jednak tej ceny; docenią to wszyscy, którzy odwiedzili także oblegane turystycznie monastyry i mogą to porównać. Nie ma tu męczących tłumów, nie ma budek informacji turystycznej, nagabywaczy, restauracji, reklam i wycieczek autokarowych. Jest pięknie – to idealne miejsce do wewnętrznej kontemplacji w ciszy i spokoju. Można zapaść się w sobie, odetchnąć, wyciszyć. Można usiąść na głazie i samotnie patrzeć przed siebie – na przepiękne armeńskie góry.
O tym, że nie jest jednak aż tak pierwotnie i dziko dowiedziałem się dopiero wtedy, kiedy sięgnąłem po historyczne zdjęcia z klasztoru. Jeszcze kilkanaście lat temu na jego terenie rolnicy siali zboże, które podczas żniw ustawiali w snopki. Wieża i brama były w ruinie, zakratowane na stałe – a z Internetu wciąż łatwo wyciągnąć błędne wnioski czytając, że obiekt jest zamknięty na stałe. Tymczasem macki masowej turystyki docierają coraz głębiej w północne góry Armenii: przed wieżą można już kupić lody, magnesy na lodówkę, jest toaleta. Lada miesiąc ktoś wpadnie na pomysł, by do monastyru sprzedawać bilety wstępu…
Losy klasztoru (oraz twierdzy pośrodku której został on wzniesiony) ściśle związane są z historią Armenii – z jej triumfami i klęskami. Powstał on prawdopodobnie pod koniec X wieku, czyli w czasach, gdy na terenach Polski rozgrywał się proces państwowotwórczy pierwszych Piastów. Niemniej warto pamiętać o tym, że kiedy nasz książę Mieszko I przyjmował chrzest z rąk biskupa Jordana, Armenia była krajem chrześcijańskim już od prawie siedmiuset lat !!! W następnych wiekach w miarę tykania zegara historii klasztor zmieniał podporządkowanie: to podlegał królestwom Gruzji, to Wielkiej Armenii, to lokalnemu Królestwu Lori – a później turkom Seldżuckim i Mongołom.
Czasy największej świetności obiektu związane były z funkcjonowaniem dziś już zapomnianego kraju Pghndzahank – regionu, który aspirował do własnej państwowości. Jego bogactwa opierały się na wspomnianych bogatych złożach miedzi, które przez dwa tysiące lat historii wydobycia były największym skarbem tutejszych gór. Kres istnieniu Pghndzahank położyły nieustanne najazdy mongolskie; te same, które do dziś pamiętane są w Krakowie w legendzie o Lajkoniku i sygnaliście na Wieży Mariackiej przebitym mongolską strzałą.
Ciekawostką jest historia z XVIII wieku, kiedy to na tereny podległe klasztorowi sprowadzono 800 rodzin z Grecji. Byli to przesiedleńcy z wybrzeży Morza Czarnego, którzy specjalizowali się w pracach górniczych – miało to miejsce w 1763 roku. Po tych emigrantach pozostały inskrypcje wyryte na ścianach klasztoru; zwano ich Maramani. Dlatego też do dnia dzisiejszego klasztor odwiedzany jest przez Greków poszukujących korzeni swych rodzin.
Istnieje także legenda religijna o tym miejscu! Lokalni mieszkańcy wierzą w to, że w monastyrze przechowywany był przez stulecia krzyż, którym Jan Chrzciciel dokonał obrzędu chrztu Jezusa Chrystusa. Ta opowieść cofa wzniesienie klasztornych zabudowań aż do V wieku; święty krzyż został jakoby później przekazany przez ormiańskiego księcia Prosza Chaghbakiana jednemu z książąt gruzińskich, a ten sprzedał go za ogromną kwotę pieniędzy kolejnemu klasztorowi – Norawank w prowincji Syunik. W jego mury także dotarliśmy podczas naszej podróży, ale to historia na osobną opowieść…
Zwiedzenie klasztoru Achtala zajmie Wam około godziny; dłużej w przypadku, gdybyście chcieli skorzystać ze spokoju tego miejsca i oddać się medytacji i wyciszeniu. Dotrzeć tutaj z miasta Achtala można jedynie pieszo lub łapiąc stopa wśród lokalnych mieszkańców – nie jest szczególnie daleko; do pokonania macie dwa i pół kilometra. Pamiętajcie, że zwiedzając Armenię najrozsądniej jest mieć własne, wynajęte jeszcze na lotnisku w Erywaniu auto – ułatwi Wam to dotarcie do większości skarbów tego kraju.
I tyle.