Według abolicjonistów wyzwalani niewolnicy mieli początkowo kontynuować pracę u swoich byłych właścicieli – z tą tylko różnicą, że za pracę mieli otrzymywać wynagrodzenie. Bilans takiej zmiany nie musiał być ujemny dla plantatorów: choć zmuszeni byli teraz płacić za pracę, to pozbywali się wielu problemów – nie musieli kupować niewolników, nie musieli ich karmić, ani zapewniać dachu nad głową; teraz to były niewolnik musiał zadbać o swoje przeżycie. Plantatorzy bezwzględnie wykorzystywali także fakt, że wyzwoleńcy nie posiadali żadnego majątku; więc by przeżyć musieli godzić się na najniższe możliwe płace – tylko po to, by nie umrzeć z głodu. W gruncie rzeczy sytuacja niewolników często ulegała wręcz pogorszeniu, a zmieniał się tylko ich status społeczny.
Niemniej z biegiem czasu ta ścisła zależność od byłego właściciela malała. Wyzwoleńcy grupowali się i mogli wywierać presję płacową na plantatorach poprzez kolektywne działania. Ponieważ były właściciel niewolników nie mógł już bezkarnie pozabijać liderów strajków, ich postulaty – zwłaszcza w okresie żniw – musiały być brane pod uwagę. Jeżeli plantator płacił zbyt mało, pracownicy szukali zatrudnienia u kogoś innego; rynek pracy stawał się konkurencyjny – ten proces wspomagała także zwiększającą się mobilność społeczeństw.
Z początkiem drugiej połowy XIX wieku właścicielom ogromnych gospodarstw rolnych, funkcjonujących jeszcze niedawno dzięki niewolnictwu, zajrzało w oczy widmo regresu. Pierwsze pokolenie wolnych ludzi – potomków afrykańskich niewolników – zamiast pracy najemnej potrafiło znaleźć także inne zajęcia: rzemiosło, uprawę własnej roli, a nawet karierę urzędniczą. Cały kolonialny świat stanął przed wyzwaniem: skąd pozyskać tanią siłę roboczą? Skala problemu była ogromna: mówimy o dziesiątkach tysięcy plantacji rozsianych po wszystkich kontynentach, po setkach wysp leżących na każdym z trzech ciepłych oceanów.
Jednym z kolonialnych molochów, które musiało poradzić sobie z tym problemem było Imperium Brytyjskie. Kraj, nad którym nigdy nie zachodziło słońce, posiadał w swoich zasobach niezwykłą perłę: Indie Brytyjskie. Jednak w 1857 roku wybuchło tam powstanie – jedno z wielu – którego stłumienie zajęło Brytyjczykom aż trzynaście miesięcy. Bunt zwany Wielką Rebelią a czasem nawet Pierwszą Wojną o Niepodległość Indii pozostawił po sobie zrujnowaną gospodarkę, zniszczone rolnictwo i doprowadzone do skrajnej nędzy całe grupy społeczeństwa. Miliony mieszkańców subkontynentu znalazło się w skrajnym ubóstwie, nie mając żadnych nadziei na polepszenie swojego losu.
I tę właśnie sytuację postanowili wykorzystać Brytyjczycy. Uznali, że zatrudnianych na plantacjach na całym świecie byłych niewolników można zastąpić… emigrantami z Indii. Nikt nie wiedział, jakie będą tego skutki – ani czy ma to w ogóle jakikolwiek sens ekonomiczny; lecz postanowiono spróbować. Ze względu na owe niepewności całość przedsięwzięcia nazwano Wielkim Eksperymentem.
Dziś, z perspektywy czasu, doskonale wiemy jak działa zarobkowa emigracja; jakie są jej plusy i minusy, zagrożenia, wady oraz zalety. Wtedy był to jednak ogromny znak zapytania – stawiający ryzyka nie tylko biznesowe, ale i społeczne. Czy znajdą się chętni na wyjazd na koniec świata w imię niepewnej poprawy losu? Czy tacy robotnicy będą wartościowi? Czy będą wszczynać bunty i rozboje? Czy będą mieli wolę podjęcia się ciężkich prac tak, by zwróciły się koszty ich transportu z Indii?
Na poligon doświadczalny wyznaczono położoną na Oceanie Indyjskim wyspę Mauritius. Z wielu powodów do przeprowadzenia Wielkiego Eksperymentu nadawała się ona idealnie: była położona w miarę blisko Indii Brytyjskich, nie posiadała tubylczej ludności innej niż byli niewolnicy, a cała jej gospodarka oparta była na plantacjach trzciny cukrowej – więc zapotrzebowanie tutejszych właścicieli na siłę roboczą było bardzo wysokie; tym wyższe, że wyzwoleńcy przenieśli się na południe wyspy i tam wśród zalesionych gór założyli własne enklawy, starając się żyć niezależnie od białych kolonistów.
Pierwsi pracownicy kontraktowi dotarli na Mauritius w 1849 roku, w szesnaście lat po zniesieniu w brytyjskich koloniach niewolnictwa. Byli to ubodzy hindusi pochodzący główne z północy kraju, ze stanów Bihar i Uttar Pradesh, gotowi podjąć się najcięższych prac za minimalne wręcz wynagrodzenie. Wyładowano ich na brzeg ze statków transportowych na północy wyspy, w starym post-francuskim porcie Port Louis. Kontrakty opiewały na kilkanaście lat pracy, a w zamian otrzymywali podstawowe schronienie (czyli dach nad głową), niewielki zarobek oraz obietnicę anulowania długo za przetransportowanie ich z Indii.
Przez pierwsze lata tysiące migrantów lądowało wprost na kamiennym molo, gdzie byli spisywani, myci, strzyżeni – i rozsyłani do plantatorów. Z biegiem czasu nabrzeże rozbudowano, by usprawnić proces rozładunku: dodano kuchnie, szpital oraz baraki, w których do czasu podjęcia pracy kolejni migranci mogli się schronić przed warunkami atmosferycznymi. Cały kompleks nazwano Składem Imigracyjnym.
Wbrew obawom hinduscy pracownicy bardzo szybko zaaklimatyzowali się do warunków panujących na wyspie. Byli pracowici, zdeterminowani – oraz jak określił to jeden z brytyjskich urzędników w swych zapiskach – spolegliwi i niesprawiający kłopotów. Wkrótce nadbrzeże rozbudowano tak, że było w stanie obsłużyć nawet wyładunek tysiąca nowych migrantów jednocześnie.
Sukces eksperymentu – pamiętajmy, że mimo wszystko była to forma dość zbliżona do niewolnictwa – udowodnił całemu światu, że pochodząca z subkontynentu indyjskiego siła robocza jest tania i bezpieczna; hinduskich pracowników ceniono nawet wyżej niż chińczyków, którzy mieli skłonności do protestów. W ciągu kilkudziesięciu lat na wyspę Mauritius dobrowolnie przypłynęło… 460 tysięcy robotników.
W kolejnych latach Mauritius stał się specyficznym hubem, przez który przepływały kolejne dziesiątki tysięcy pracowników podążających z Indii do pracy w najdalszych częściach świata. Tutaj mieli oni swój pierwszy przystanek, a kolejne były na wyspach wschodniej części Oceanu Indyjskiego, na Madagaskarze, na plantacjach Ameryki Południowej – a nawet na Karaibach. Globalny system kontraktów wymyślony na potrzeby kolonii działał aż do 1918 roku (na Mauritiusie do 1923). Ocenia się, że w tym czasie z samych tylko Indii wyemigrowało 20 milionów robotników.
Dziś Mauritius zamieszkały jest przez 1.3 miliona mieszkańców. Z tej grupy aż 860 tysięcy osób ma korzenie w Indiach – to potomkowie owych zarobkowych migrantów, którzy choć byli prostymi chłopami, to mieli odwagę marzyć o lepszym życiu. Czy im się powiodło? Trudno to ocenić – niemniej dziś na wyspie hindusi stanowią dominującą populację i regularnie sięgają po najwyższe urzędy w kraju; pełnią funkcje Premiera i Prezydenta. Pod tym względem można chyba powiedzieć, że swoją pracą stworzyli nowy, niepodległy kraj.
Dziś niestety stare nabrzeże, do którego w XIX wieku przybijały żaglowce z migrantami, w większości zostało zabudowane – powstała tu nowoczesna przystań jachtowa, galerie handlowe i apartamentowce. Uratowano zaledwie 1640 metrów kwadratowych kamiennych budowli, 15 procent pierwotnej zabudowy portu. Nie pozostało niemal nic z wyposażenia, więc oferta zwiedzania jest bardzo skromna.
Pomimo tego w 2006 roku UNESCO podjęło decyzję o przyjęciu Aapravasi Ghat jako kolejnego wpisu na Listę Dziedzictwa UNESCO. Stało się to przy negatywnej opinii specjalistów, którzy wskazywali, że pozostałości składają się zaledwie z trzech częściowo tylko zachowanych budynków; a szanse na odzyskanie kolejnych zabytków spod współczesnej zabudowy są niemal zerowe. Najbardziej wartościowe wydają się zdjęcia oraz opisy umieszczone na tablicach pamiątkowych, w związku z czym atrakcyjność całości konstrukcji dla ruchu turystycznego pozostaje niestety wg mnie wątpliwa.
Każdego roku, 2 listopada, na Mauritiusie odbywa się wielkie święto upamiętniające przybycie pierwszych robotników kontraktowych na wyspę. Duchy tych przodków zwane są jehaji bhai – towarzysze ze statku.
I tyle.
W dystrykcie Port Louis znajduje się teren o powierzchni 1640 m², na którym narodziła się współczesna diaspora robotników kontraktowych. W 1834 roku rząd brytyjski wybrał wyspę Mauritius jako pierwszą lokalizację dla tzw. „wielkiego eksperymentu” polegającego na wykorzystaniu „wolnej” siły roboczej w celu zastąpienia niewolników. W latach 1834–1920 do Aapravasi Ghat przybyło z Indii prawie pół miliona robotników kontraktowych, aby pracować na plantacjach trzciny cukrowej na Mauritiusie lub zostać przeniesionymi na wyspę Reunion, do Australii, południowej i wschodniej Afryki lub na Karaiby. Budynki Aapravasi Ghat należą do najwcześniejszych, wyraźnych przejawów globalnego systemu gospodarczego i jednej z największych migracji w historii.