Przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia o tym, że północno – wschodnia granica Polski leży gdzieś tam hen daleko – za lasami i jeziorami. Przecież nawet dziś do Augustowa czy Ełku jeżdżą tylko najodważniejsi z odważnych – podróżnicy z górnej półki. A kiedyś – w czasach gdy do Polski należało Wilno i Kowno – ta granica była jeszcze bardziej odległa. Tymczasem nic bardziej mylnego: przez setki lat granica między Polską a Litwą znajdowała się w odległości zaledwie 60 kilometrów od Warszawy…

Zamek Liw

Rzeka Liwiec ma jedynie 142 kilometry długości – i dam sobie uciąć rękę, że większość z Was nigdy o niej nie słyszała (łącznie ze mną!) Na liście najdłuższych rzek naszego kraju zajmuje ona zaszczytne 34 miejsce – a więc gdyby uczestniczyła w turnieju skoków narciarskich, to nie weszłaby do finałowej serii (w której jak przypomnę uczestniczy jedynie 30 najlepszych skoczków). Rzeka Liwiec meandruje sobie granicą północnego Mazowsza tak sprytnie, że poza Wyszkowem nie przepływa przez żadne ze znanych miejscowości; bo kto z Was słyszał o Świniotopie, Zawiszynie, Barchowie, Urle, Sekłaku, Mokobodach czy Strachowie?

A jednak rzeka Liwiec jest sławna – a przynajmniej taką powinna być. To właśnie wzdłuż jej brzegów od XI aż do XVI wieku biegła granica pomiędzy Podlasiem a Księstwem Mazowieckim; pomiędzy Litwą a Polską. Dziś trudno nam to sobie wyobrazić – ale w tamtych czasach Warszawa była nadgraniczną wioską i w pobliskich lasach na północ oraz na wschód od niej rozciągała się już pogańska Litwa. Dosłownie sześćdziesiąt pięć kilometrów od miejsca, w którym dziś wznosi się Pałac Kultury i Nauki zaczynało się Wielkie Księstwo Litewskie.

Zamek Zbrojownia Liw

Skąd nasze tak bardzo nieuzasadnione przekonanie o tym, że Warszawa leżała zawsze w centrum Polski? Przecież na lekcjach historii uczono nas, że stolicę przeniesiono w 1596 roku z Krakowa do Warszawy właśnie po to, by leżała ona pośrodku kraju! Cóż, to prawda… tyle tylko, że na przełomie XVI i XVII wieku Warszawa leżała nie w centrum Polski, lecz w centrum Rzeczypospolitej Obojga Narodów – pośrodku wspólnego terytorium Korony (Królestwa Polski) i Litwy (Wielkiego Księstwa Litewskiego)

Przez długi okres naszej historii z Warszawy na Litwę były raptem dwa kroki. Kiedy uczymy się o litewskich najazdach na piastowską Polskę zastanawiamy się: ile tygodni musieli iść ci biedni Litwini, by nas ograbić? Przecież nawet teraz na Litwę jedzie się kilka godzin samochodem! Ale nic bardziej błędnego: w XII, XIII i XIV wieku wojownicy z Litwy mieli do Warszawy, Czerska, Ciechanowa czy Płocka dosłownie rzut beretem. I dlatego właśnie w słynnej pieśni Adama Mickiewicza na pytanie Skąd wracali Litwini dowiadujemy się, że Litwini z nocnej wracali wycieczki – nie z wielotygodniowej wyprawy, nie z rejsu statkiem za ocean, nie z podróży życia – ale ze zwykłego nocnego wypadu. Po prostu mieli tak blisko !!!

Zamek Zbrojownia Liw

Uzupełniwszy naszą wiedzę historyczną możemy teraz wrócić do głównego wątku dzisiejszej opowieści, czyli do rzeki Liwiec oraz stojącego na jej brzegu pięknego Zamku Liw. Stwierdzenie, że zamek ów stoi na brzegu rzeki jest nieco nieprawdziwe; pierwotnie stał on na sztucznie usypanej wyspie pośrodku szerokich i trudnych do przejścia mokradeł. Nawet dziś – w erze meliorowania i niszczenia naturalnego środowiska wszędzie tam, gdzie tylko uda się wjechać ciągnikiem – Zamek Liw wciąż stoi na bagnistym terenie zalewowym. Możemy tylko wyobrazić sobie jak doskonale obronne musiało być to miejsce setki lat temu.

Zamek Liw wzniesiono w początkach XV wieku, najprawdopodobniej w okresie około dwudziestu lat po triumfie na Polach Grunwaldu. Był on strażnicą graniczną stojącą w bezpośredniej kontrze do pobliskiego miasta Węgrów będącego już włością Litewską. Nie był duży – z murami o wysokości sześciu metrów zajmował powierzchnię o bokach 32 x 33 metrów – miał dwie duże wieże połączone bramą oraz zwarty dziedziniec wypełniający przestrzeń wewnątrz murów. Nie był obiektem rezydencjalnym – miał skutecznie bronić, a nie oferować luksusy. Jego najbardziej charakterystyczną cechą był długi drewniany most prowadzący na zamek wprost przez otaczające go mokradła. Unikalna współczesna nam rekonstrukcja mostu do dziś przyciąga turystów.

Zamek Zbrojownia Liw

Za czasów Królowej Bony rządzącej z zapałem na terenach Mazowsza w latach 1547-1556 fortyfikacje zamku uległy rozbudowie; na jej rozkaz podniesiono mury do 12 metrów, dobudowano dwa piętra do wież oraz zakończono ich szczyty drewnianym hełmem – a mury blankami. Wyposażenie fortecy stanowiło kilka dział oraz 28 hakownic – prymitywnych rusznic będących czymś pośrednim pomiędzy bronią strzelecką, a artylerią. Na sąsiadującym z zamkiem podmokłym terenie rozrosło się w tamtym czasie drewniane podgrodzie z licznymi stajniami, prochownią itd. O ile zamek był murowany, to tzw. przygródek nadal otaczała drewniana, nieco trącąca myszką palisada. Ze względu na wylewy rzeki i jej zmienne humory podgrodzie wzniesiono na wbitych w grunt drzewnych palach; dzięki temu dało się żyć na przygródku nawet wtedy, gdy się żyć nie dało.

Nieco dalej od zamku powstało miasteczko pełniące już pełne funkcje gospodarcze. Liw zamieszkiwało kilkaset osób: byli rzemieślnicy, kowale, piwowarzy, piekarze, szewce a nawet złotnik i niezbędni do przeżycia całej społeczności gorzelnicy. Co ciekawe miasto Liw miało podwójny charakter – były to dwie sąsiadujące ze sobą osady o nazwach Liw Nowy i Liw Stary. W latach największej świetności, a więc w XV wieku, w Starym Liwie było 211 domów, a w nowym 130. Niestety na skutek Potopu Szwedzkiego rozwój obu miasteczek został gwałtownie przerwany – a ostateczny upadek nastąpił w 1869 roku, kiedy Liw (już połączony w jedno miasto) utracił na zawsze prawa miejskie. Zamek w tym okresie był już wyłącznie ruiną sterczącą na samotnej wyspie pośrodku rzeki. Zamieszkiwały go kaczki, komary, żaby i pająki. Historycy spierają się o to, czy była też czapla; moim zdaniem była.

Zamek Zbrojownia Liw

Co absolutnie niebywałe zamek z ruin podnieśli podczas II wojny światowej… Niemcy. W 1942 roku zaczęto jego rozbiórkę, a pozyskane materiały kierowano do wznoszenia obozu zagłady w Treblince. I wtedy ratowania obiektu podjął się Otto Warpechowski – posiadający polskie obywatelstwo archeologi, który przekonał faszystów, że Zamek Liw zbudowali… Krzyżacy. Dzięki takiej argumentacji rozpoczęto naprawę murów, stropów, podłóg – a nawet przygotowano wystawę archeologiczną. I wszystko to – jak przeczytamy w oficjalnej historii zamku publikowanej na stronie internetowej liw-zamek.pl – na koszt III Rzeszy.

Warpechowski nie doczekał niestety końca wojny. Po przejściu frontu wstąpił do formującej się II Armii Wojska Polskiego i zginął na początku lutego 1945 roku. Jego trud nie poszedł jednak na marne: w 1963 roku w uratowanym zamku powstało muzeum oręża. Dziś funkcjonuje ono pod nazwą Muzeum Zbrojowni na Zamku w Liwie.

Zamek Zbrojownia Liw

Obecnie Zamek Liw jest świetny. Mógłbym ująć to bardziej poetycko, bardziej po Mickiewiczowsku lub Słowackowsku, ale napiszę prosto niczym chłop na grzędzie: jest tu super, w dechę, w kant! Poeta ze mnie żaden, więc nie będzie się wikłał w mezaliansy i rymy parzyste, krzyżowe i okalające. Skoro w języku polskim są słowa proste, to nie bójmy się ich używać: jest tu w pytę i basta!

Niestety okoliczne bagna już nieco wyschły, choć wiosną potrafią wylać jak za starych, dobrych czasów. Gdyby ktoś mi teraz powiedział skrytykuj zamek, bo za słodki ten artykuł – napisałbym tak: tylko bagien żal. Zamek stoi dziś na w miarę twardym gruncie, a biegnący do niego most wygląda niestety jak kładka na pustyni. Co mniej rozgarnięci turyści gotowi są nawet pomyśleć, że ten drewniany pomost oraz zwodzona brama to jakaś fanaberia, podróbka Stobnicy dla ubogich lub ozdoba pełniąca funkcję kwiatka do kożucha. I dopiero zapoznanie się z materiałami rekonstrukcyjnymi prezentowanymi w zamkowych wnętrzach pokazuje prawdę: jak to dawniej było, zanim się wysuszyło. Plus z tego globalnego osuszania chyba tylko taki, że nie gryzą już jak za czasów Królowej Bony komary.

Zamek Zbrojownia Liw

Zbrojownia i związana z nią wystawa jest zaskakująco ciekawa. Niby muzeum (niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zasnął w muzeum) – a interesujące. Pomyślane z wizją i kierunkiem, którego brakuje w wielu tego typu miejscach. Mamy więc wiszące na ścianach klamoty, stojące na parapetach hełmy, na szpikulcach zbroje, a tam gdzie trzeba – armaty. Jest dużo broni palnej, szabel, mieczy, halabard – słowem wszystkiego czym można przedźgnąć, przeciąć lub przyszpilić na wylot bliźniego. Gdyby ktoś z was chciał jedynie obciąć małe co nieco wrogowi – na przykład nogę, rękę lub nos – to są też tasaki, szpikulce oraz bagnety.

W osobnej sali znajdują się także eksponaty nam niemal współczesne – kolekcje historyczne z II wojny światowej, z czasów napoleońskich oraz z epoki powstań narodowych. Nie brakuje ciekawych – a z mojego punktu widzenia nawet arcyciekawych – kopii rysunków, szkiców i obrazów o podłożu militarystycznym. Brakuje jedynie sali tortur, w której można byłoby odpocząć i zrelaksować się po trudach zwiedzania; zawsze to miło przy kawie poprzyglądać się ludzkiej pomysłowości w zadawaniu bólu bliźnim na przestrzeni wieków. No ale nie można mieć wszystkiego.

Zamek Zbrojownia Liw

Kończąc z tymi żartobliwymi zdaniami serdecznie zapraszam Was do odwiedzenia Zamku Liw nad rzeką Liwiec, stojącego na dawnej granicy Polski i Litwy. Z Warszawy macie tu blisko: samochodem nie więcej niż godzinę jazdy, a jak zaciśniecie zęby to dojedziecie nawet rowerem. Na miejscu można się najeść, napływać kajakiem a nawet przespać – wioska Liw jest idealna dla wszystkich sympatyków agroturystyki. Gorąco polecam, co jest dla mnie niebywale trudne – jako Polak wolę krytykować i narzekać; w roli chwaliciela czuje się co najmniej dziwnie.

Na miejscu można też coś wypić, niekoniecznie zdrowego. Jeżeli tak zrobicie, to połóżcie się w nocy na trawie nad rzeką (pamiętajcie: nigdy nie jesteście naprawdę pijani, jeżeli umiecie leżeć bez trzymanki) – gdy będziecie odpowiednio cierpliwi i dopisze Wam szczęście, to usłyszycie niosący się z nurtem rzeki śpiew oraz kołatanie łańcuchów. Nie wychylajcie się wtedy i nie podnoście głowy – to zapewne dzicy Litwini z nocnej wracają wycieczki; unosząc brańców i łupy z Mazowsza.

I tyle.

Chcesz zobaczyć więcej zdjęć? Kliknij znaczniki na poniższej mapie.

The Polska – więcej losowych materiałów z tej kategorii:

Kamień na Kamieniu – więcej losowych materiałów z tej kategorii: