We wstępie użyłem zwrotu starożytna – i od razu muszę zweryfikować użyty przeze mnie przymiotnik. Świątynia Kom Ombo jak na budowlę egipską jest całkiem nowa; powstała pod koniec tzw. Nowego Państwa, a więc w epoce panowania w tym kraju mającej swoje korzenie w odległej Macedonii dynastii Ptolemeuszów. To czasy, w których rdzenni Egipcjanie stracili już ostatecznie władzę nad swoim krajem na rzecz zewnętrznych imperiów. Oczywiście z naszej perspektywy jest to STAROŻYTNOŚĆ, ale słowiańska perspektywa jest niczym widok roztaczający się przed żabą siedząca pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Dla Słowian starożytny jest nawet Rzym. Tymczasem kiedy wznoszono bohatera dzisiejszego artykułu, to Piramidy w Gizie miały już prawie 2500 lat. I to one są – w wymiarze archeologicznym – prawdziwie starożytne, a nie Kom Ombo.
Choć wprawne oko historyka dostrzeże już na pierwszy rzut oka, że forma, założenie oraz reliefy i zdobienia świątyni są bardzo nowoczesne (jak na Egipt), to dla większości odwiedzających to miejsce turystów kolumna to kolumna, kamień to kamień, a wyrzeźbiony Faraon to wyrzeźbiony Faraon – i tyle. Niewiedza uszczęśliwia – jak mawia moje ulubione chińskie przysłowie – więc nie ma co narzekać, i trzeba pogodzić się z tym, że dla większości z nas Egipt to punkt na mapie czasu jak Bitwa pod Grunwaldem, oraz zawieszka podróżnicza niczym magnes z krokodylem.
Świątynia Kom Ombo – jak już pisałem całkiem nowa – ma swoje smaczki. Po pierwsze jest świątynią podwójną, co nie ma odpowiednika w znanym egipskim świecie Ptolemeuszów. Co oznacza podwójna? Otóż jest jak dom bliźniak – składa się z dwóch identycznych części, przytulonych do siebie jedynie ścianką działową. Każda z części była (jest) taka sama, ale poświęcona jest innym bogom.
W pierwszej części swoją siedzibę miał Sobek – bóg Krokodyl. To po nim właśnie pozostały w otoczeniu obiektu setki ogromnych mumii tych budzących lęk zwierząt. Druga zaś część świątyni była władztwem Horusa, jednego z najważniejszych bogów Egiptu; boga światła, nieba – i ogólnie niezłego herosa w pelerynie, jakby powiedzieli amerykanie.
Po upadku dynastii Ptolemeuszów na świątynię przyszły czasy, które przyszły także na inne słynne zabytki minionej ery faraonów – czyli czasy ZŁE. Choć jeszcze Rzymianie przywiązywali miarę do zachowania choć części tradycji kraju, którym rządzili, to już następujący po nich arabscy zdobywcy nie czuli takiej potrzeby. Budowla najpierw zamieniła się w ruinę, a potem w ruinę zasypaną przez pustynię. Podobnie jak w przypadku innych słynnych obiektów historycznych – Wielkiego Sfinksa czy Abu Simbel – Kom Ombo zniknęło pod nawianym piaskiem; jedynym surowcem, którego w Egipcie nigdy nie zabrakło.
Podczas jednej z ogromnych powodzi Nil wezbrała aż o 20 metrów (!), co spowodowało zmycie dużych części zewnętrznych murów otaczających sanktuarium. Wydarzenie miało miejsce już współcześnie – w drugiej połowie XIX-wieku, a więc praktycznie w naszych czasach. Wyobraźcie sobie, że ruiny przetrwały dwa tysiące lat… i rozpadły się zaledwie na sto lat przed wynalezieniem internetu.
Współcześnie świątynia Kom Ombo jest doskonale odrestaurowaną atrakcja turystyczną. Jej promocji służy niewątpliwie fakt, że leży nad samym brzegiem Nilu, zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym cumują turystyczne krążowniki – pamiętać jednak wypada, że obecne położenie względem rzeki wynika wyłącznie z faktu uregulowania jej biegu przez Wysoką Tamę Asuańską. Przez setki lat świątynia miała dużo gorzej: podczas każdego wylewu Nilu była co najmniej podtapiana; i nie był to błąd w lokalizacji, lecz celowy zabieg związany z wierzeniami starożytnych Egipcjan. Ale o tym opowiem szczegółowo innym razem.
Informacja o tym, że świątynia znajduje się tuż obok przystani, naprowadza mnie na rozwiązanie zagadki SKĄD JA SIĘ TAM WZIĄŁEM. Mogło wydarzyć się tak, że zabrali mnie na na spacer kumple, bym złapał trochę świeżego powietrza. Skoro i tak już zacumowaliśmy u jej stóp, to trzeba było rozchodzić okrętową kolację. Dobrze, że zachowałem minimum rozsądku, i zabrałem ze sobą aparat; inaczej nie byłoby tych pięknych zdjęć, które widzicie. Niemniej szkoda, że nie zabrałem ze sobą także kamery.
I tyle.
Już się z Wami wczoraj pożegnałem, ale rano uznałem, że należy opisać jeszcze kontekst geograficzny miejsca, w którym stoi Podwójna Świątynia. Kom Ombo to także nazwa liczącego sobie około 70-tysięcy mieszkańców miasta, leżącego 40 kilometrów na północ od Asuanu (gdzie wyruszają rejsy po Nilu), i 150 kilometrów na południe od Luksoru (gdzie większość tych rejsów się kończy). Miasto jest typowo rolniczym ośrodkiem, a jako ciekawostkę dodam, że odbywają się w nim największe w całym Egipcie targi wielbłądów.
Kom Ombo jako pierwotna osada ludzka istniało już w Starym Państwie, w okresie II dynastii – 2800 lat przed naszą erą. Inną nazwą określającą to miejsce było Nubti / Nebit / Nubt – czyli Złote Miasto (lub chyba bardziej prawidłowe tłumaczenie: Miasto Złota). To nieco późniejsze określenie wynikało z tego, iż przez miasto przebiegał szlak handlowy łączący kopalnie złota z Nilem, a w jego centrum znajdowały się warsztaty rzemieślnicze zajmujące się obróbką drogocennego kruszcu.
Po zakończeniu budowy Wysokiej Tamy Asuańskiej do miasta Kom Ombo (i w jego najbliższe okolice) przesiedlono około 100 tysięcy mieszkańców wiosek zalanych przez powstałe w ten sposób Jezioro Nasera.