Od lat jednym z najczęściej odwiedzanych przez naszych rodzimych turystów krajem jest Chorwacja. To oczywiście truizm. Turystyczna Chorwacja to głównie Adriatyk oraz słodkie wylegiwanie się na plaży. To także truizm. Trzecim banałem jest stwierdzenie, że czasem gdy człowiek już się wyleży i wyopala, gdy się naleni i nanudzi, w końcu przychodzi mu ochota zrobić coś więcej niż tylko przesuwać leżak za uciekającym Słońcem. Rzadko, bo rzadko, ale czasem przyjdzie nawet w co bardziej rozpalonej głowie myśl: a może by tak obrać kierunek w głąb lądu?

Nie jest to decyzja łatwa. Zwłaszcza, że większość turystycznych miast i miasteczek Chorwacji położonych nad brzegiem morza jest i tak piękna sama w sobie. Cały urlop można spędzić nie oddalając się od morza i nie narażając się na „nierozsądne” pomysły dalszych wycieczek. Długo wyczekiwanie wymarzone wakacje nakazują, by utratę kontaktu wzrokowego z Adriatykiem uznawać za decyzję niepoważną i niegodną turysty. Gdybyśmy mieli ochotę zwiedzić jakiś zamek, to przecież moglibyśmy zrobić to z powodzeniem w Polsce.

A jednak…

Gdy zmęczeni spoglądaniem na słoną wodę i znużeni zazdroszczeniem właścicielom pięknych jachtów motorowych ich wolności podejmiemy w końcu decyzję o zmianie naszego wakacyjnego rytmu dnia… wtedy okazuje się, że Chorwacja to nie tylko plaża. I to jest ostatni – obiecuję – truizm tego artykułu.

Moim typem na kilkugodzinną wycieczkę w Chorwacji, o ile za cel obraliście sobie Półwysep Istria, jest opuszczone, kamienne miasto Dvigrad. Położone mniej więcej w połowie półwyspu ruiny są wdzięcznym obiektem zarówno do fotografowania, filmowania jak i spacerów. Zakochani mogą chodzić tutaj trzymając się za rękę, a małżonkowie z dłuższym stażem – wręcz przeciwnie dzięki dwóm bramom wejściowym. Odległość od Puli wynosi zaledwie czterdzieści kilometrów, od włoskiego Triestu dziewięćdziesiąt. Co ważne miejsce to położone jest u zbiegu dwóch ważnych chorwackich dróg: autostrady A9 oraz ekspresówki E751

Zobacz lokalizację – TUTAJ

Dvigrad to miasto położone kiedyś na dwóch okolicznych wzgórzach przeciętych płynącą tutaj dawno temu niewielką rzeką. Kiedyś, gdyż teraz ruiny zajmują już tylko jedno z nich. Region zasiedlony był już w starożytności, ale choć wiadomo że „budowano” się tutaj i osiedlano zarówno w czasach rzymskich jak i neolitycznych, to pierwsza pisana wzmianka o mieście pochodzi z 879 roku.  Od tamtych czasów Dvigrad miał swoje wzloty i upadki, wydarzyło się tutaj także wiele spraw (nadania, zabrania, osadnictwo, oblężenia) – spraw dokładnie takiego typu, który to typ potrafi zanudzić każdego turystę. Bądźmy szczerzy: kogo interesuje biografia architekta stawiającego unikatową trójnawową katedrę, a tym bardziej na kim się wzorował? Kogo fascynuje informacja, że w XIV wieku obszar ten znalazł się pod zarządem Klingońskiego Szóstego Regionu Pogranicznego? Tak… A jednak Dvigrad zasługuje na uwagę. Jego „fajność” wynika z zupełnie innej beczki…

Po pierwsze: jest to opuszczone od ponad trzystu lat miasto, choć trzyma się całkiem dobrze. Po drugie: opuszczono je ze względu na powracające ciągłe epidemie. I w końcu po trzecie: jak dobrze trafimy, to mamy szansę zwiedzić to miejsce na osobności, bez innych turystów pstrykających zdjęcia i trzymających się słodko za ręce. Samotnie przemierzając porośnięte uliczki będziemy mogli tutaj poczuć się niczym odkrywcy Machu Picchu.

Trzysta lat wystarczyło, by bujna okoliczna roślinność połknęła zbudowane z kamieni miasto na tyle, by wyglądało jak filmowa scenografia rodem z Ameryki Południowej. Brakuje tylko lian i małp. Wszystkie drewniane elementy już dawno zostały rozkradzione lub po prostu sobie zbutwiały bez śladu. Metalowe zresztą też. Zostały kamienie, dzięki czemu możemy się zachwycać średniowiecznym miastem które wygląda dokładnie tak, jak sobie je wyobrażamy (jeżeli oczywiście ktoś z Was w wolnym czasie zajmuje się przypadkiem wyobrażaniem sobie średniowiecznych miast). Chociaż miejscami tych kamieni też brakuje. Za to w okolicznych wioskach jest ich tak jakby więcej niż ulotne wrażenie mówiące, że jest ich akurat.

Podobno jedna z legend tego miejsca głosi, że tu straszy. Ale nie udało mi się znaleźć żadnych szczegółów. Inna legenda mówi, że na miasto rzucono podczas jego zakładania wielką klątwę: że zostanie opuszczone i zrujnowane. Szczegółów tej legendy także nie udało mi się odszukać, choć może to i dobrze, bo by wyblakła gdyby okazało się że wystarczy jakiś Książę i pocałunek prawdziwej miłości. Odniosłem wrażenie, że legendą są już same legendy o tym miejscu. Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko legendy, jakoby na miasto rzucono czar powodujący, że zapomnieniu ulegną legendy o nim…

Prawdziwą atrakcją Dvigradu jest – zwłaszcza dziś – jego pandemiczna historia. Przynajmniej czterokrotnie w czasach historycznych osada ta padła pod ciosami chorób. Dwie pierwsze epidemie miały miejsce w VI i VIII wieku – czyli zanim pojawiły się o mieście wzmianki pisane. Informacje o nich pochodzą z prac archeologicznych. Kolejne zostały już lepiej opisane i zidentyfikowane: na XIV wiek przypadła dżuma (która zdziesiątkowała wtedy całą Europę), a na XVI wiek malaria. Za każdym razem miasto ponownie było zasiedlane, choć bywało, że – jak to bywa do dziś dzień na Bałkanach – przez inne ludy i innych mieszkańców. Po ostatniej epidemii w mieście pozostali już tylko Ci, którzy nie mieli za bardzo dokąd uciekać. W latach największego rozkwitu w mieście żyło dwa tysiące osób, a wraz z okolicznymi wsiami – sześć tysięcy. W 1650 roku zostało tu zaledwie kilka rodzin. Ostatni mieszkaniec opuścił Dvigrad wraz z likwidacją tutejszego kościoła w 1714 roku.

Jeżeli chcielibyście delektować się ruinami na wyłączność, w ciszy i spokoju, to koniecznie przyjedźcie wczesnym rankiem. Albo jeszcze lepiej – w nocy. Inaczej nie uda Wam się zrobić tak fajnych zdjęć pustych ruin, gdyż tutejszy ruch turystyczny narasta z każdym rokiem. Nam się udało być jedynymi turystami dzięki temu, że cały dzień lało, i nikomu nie chciało się tutaj zatrzymać. Biorąc pod uwagę błoto, deszcz i legendarną malarię wokół nieistniejącej rzeki – cieszyliśmy się z ich decyzji. Ulewa zrobiła sobie przerwę dokładnie w momencie gdy weszliśmy do miasta. Opuszczonego miasta. A padać zaczęło ponownie, gdy tylko z niego wyszliśmy. Zupełnie nie tak wyobrażam sobie straszenie w ruinach…

Ale coś w tym mogło być… Jak teraz o tym pomyśle, to ciarki przechodzą mi po plecach. W każdej legendzie jest przecież kropla wody. Tfu. Prawdy!