Oto legenda: dawno dawno temu, jak to w każdej szanującej się legendzie bywa, za siedmioma górami i siedmioma rzekami (patrząc od strony Bałtyku na południe) leżała kraina, której mieszkańcy ciągle cierpieli na brak wody. Górzyste, nieprzychylne tereny obfitowały tylko w kamienie i przepaście, więc było to miejsce przeznaczone tylko dla ludzi biednych i wytrzymałych.

Pewnego dnia zlitowała się nad ich ciężkim losem czarodziejka, zwana Czarną Królową. Widząc ich niedolę za pomocą magii otworzyła podziemne źródła wody, które przebiły się na powierzchnię – i tak oto powstały Jeziora Plitwickie. Od tej pory ludzie żyli o wiele szczęśliwiej, choć nadal było to życie pełne wyrzeczeń…

Mi ta legenda nie trzyma się kupy. Nie spotkałem się w życiu z kimś, kto będąc czarodziejką, ma na imię Czarna Królowa. To jakby samicę modliszki nazwać sympatycznym chrabąszczem. Jeżeli jesteś czarodziejką, to na bogów – różową, wesołą, pastelową… – ale nie czarną! Z czarnych to mi się kojarzą: Czarna Wdowa, Czarny Rycerz oraz Minister Czarnek. Do diaska, na pohybel Czarnym Królowym – jak mawiają krasnoludy!

Legenda legendą, a jaka jest prawda? Park Narodowy Jezior Plitwickich powstał zaraz po II Wojnie Światowej i obejmuje niesamowicie kolorowe – w odróżnieniu od karnacji Czarnej Królowej – szesnaście jezior położonych malowniczo w czymś co od biedy nazwać możemy kanionem. Od biedy, bo pewnie każdy geolog słysząc takie uproszczenie będzie się w nocy w łóżku przewracał na trzeci bok.

Jeziora dzielą się na dwie części: górne, i dolne. Podziemne źródła zasilają górny zespół leniwie rozlewający się wśród lasów. Woda jak to woda gdzieś jednak – poza rozlewaniem się – musi czmychać. Czmycha więc zgodnie ze swoją naturą w dół, robiąc to pięknymi wodospadami. W ten sposób dostaje się do zespołu dolnego, który znajduje się już w kanionie. Po obu jego stronach wznoszą się strzeliste skalne ściany, a woda sobie szemra i szemra, aż w końcu dopływa do jego końca i zasila niedużą – biorąc pod uwagę cały Park Narodowy – rzeczkę Koranę.

Na zwiedzanie Jezior Plitwickich najlepiej przeznaczyć dwa dni. I najlepiej postarać się uniknąć szczytu sezonu, podczas którego park potrafi odwiedzać po 3-5 tysięcy osób jednego dnia. Biorąc pod uwagę, że park jest czynny przez 8-10 godzin to liczba turystów wchodzących jednocześnie na ścieżki może wynieść nawet 300-400 osób na godzinę. Czyli sześciu – siedmiu na minutę! Trudno w takim tłoku nie tylko zrobić ładne zdjęcia, nie tylko delektować się okolicznościami przyrody, ale także po prostu nie runąć z wąskich kładek do wody.

Choć… musicie wiedzieć, że wcale nie byłoby to takie złe…. to runięcie. Woda jest tak krystalicznie przejrzysta, iż z trudem udało mi się opanować chęć zrzucenia ubrania i wskoczenia do jeziora! Tymczasem jest to surowo zabronione wysokimi karami finansowymi – a cały park jest monitorowany przez kamery. Jeżeli ja, jesienią – gdy było raptem kilka stopni na plusie – z trudnością opanowałem chęć pluskania, to jak powstrzymać się latem, w 30-35 stopniowym upale? To chyba rzeczywiście robota Czarnej Królowej.

Okolica posiada dość rozbudowaną infrastrukturę turystyczną, ale daleko jej do tego co zobaczycie w Chorwacji nad Adriatykiem. Dość powiedzieć, że większość hoteli i pensjonatów trąci myszą i czasami Tity (to taki Jugosłowiański Gomułka, tylko trochę inaczej). Sam park jest jednak fajnie zagospodarowany i obszerny. Kursują specjalne „autobusy”, a na niektórych odcinkach – tramwaje wodne. Jest wiele kładek spacerowych i tras widokowych. Jednego dnia nie wystarczy by to wszystko wyzerkać własno-ocznie.

Spotkać też można liczne śmiesznostki, takie jak np. zakaz wjazdu do lasu na… rowerach. Trzeba z buta. Sporo budynków jest zrujnowanych, niewykorzystanych lub podupadających. Park posiada kilka wejść, oraz zakazy biwakowania itd. Ogarnąć to wszystko można z łatwością na miejscu, dojeżdżając wygodnie szosą nr 1 z Zagrzebia. Jeżeli jesteście pierwszy raz, to nie rozkminiajcie za dużo, tylko od razu udajcie się do „wejścia nr 1”.

Na miejscu wszystkiego się dowiecie w sporych rozmiarów centrum turystycznym – kupicie także bilet za około 20 pln (35 kun). Trzeba zapłacić także za parking samochodowy. Noclegi w bliskiej okolicy są raczej drogie, zwłaszcza porównując do oferowanego standardu – no ale to wszak zabytek UNESCO. Wybierając noclegi zwróćcie uwagę na ich odległość od wejść do parku. Jeżeli to będzie kilka kilometrów to i tak nie unikniecie konieczności dojazdu, więc lepiej wynająć dalej i taniej.

Miłego pobytu. Ja idę poszukać jakiejś bardziej korespondującej z okolicą – kolorowej czarodziejki.

Zdjęcia: Jacek Mucha