Robiąc szybki research internetowych blogów ze zdziwieniem zauważyłem, że podejrzenie dużo z nich skupia się na historii geologicznej miejsca, w którym dziś znajduje się Park Torcal de Antequera. Zwykle podróżnicy opisują ceny, zasady wstępu, kolory, smaki i zapachy miejsca – a tu nagle sami niemal geolodzy. Poczułem się dziwnie, bo przecież geologia to moja działka! Zrozumienie przyszło dopiero po dłuższej chwili – niemal wszyscy z godną podziwu konsekwencją kopiują informacje dostępne na Wikipedii oraz na oficjalnych stronach dotyczących tej hiszpańskiej atrakcji. Ładnie to tak? Wymyślone przeze mnie starożytne przysłowie chińskich górników mówi: gdy legend brak, zawsze pozostaje geologia.
I dlatego też idąc pod prąd wyznaczonego przez blogosferę trendu nie opowiem Wam o tym, jak to geologiczna historia tego miejsca rozpoczęła się 150 milionów lat temu. Nie napiszę ani słowa o odkładających się na dnie Oceanu Tetydy skałach osadowych, ani o ich wypiętrzeniu podczas zderzenia Afryki z Eurazją. Nawet nie napomknę, że ostateczne ukształtowanie form skalnych zawdzięczamy wietrzeniom krasowym. Dziś ani słowa o geologii !!!
Rezerwat przyrody Torcal de Antequera jak większość hiszpańskich atrakcji turystycznych jest świetnie przygotowany do zwiedzania. Najpierw należy dotrzeć do nowoczesnego centrum obsługi ruchu turystycznego, znajdującego się w samym sercu skał; to łatwe, bo prowadzi do niego zupełnie nowa asfaltowa droga. Parking jest obszerny, choć jak twierdzą bardziej ogarnięte niż ja źródła – mimo to i tak często brakuje tutaj miejsc. My niestety dojechaliśmy bardzo późno, już po fotograficznej Złotej Godzinie: plusem naszego spóźnienia były parkingi świecące pustkami (podobnie jak szlaki piesze), a minusem – zapadający szybko zmrok.
Gdy wysiądziecie z auta bądźcie czujni: czekają na Was formacje skalne o magicznych i bardzo pomysłowych nazwach: śruba, słoń, wielbłąd, sfinks. Witajcie w skalnym mieście! Już na starcie musicie wybrać jeden z kilku proponowanych szlaków, które wiją się wśród skał niczym węże (o nich na końcu artykułu). Nie są to wymagające trasy – najkrótsza ma półtora kilometra długości, druga dwa i pół kilometra, a trzecia – najdłuższa – cztery i pół. Każdy szlak prowadzi w innym kierunku, więc jeżeli macie bardzo dużo czasu, to warto przespacerować się wszystkimi. Co ważne trasy tworzą pętle, więc kończąc szlak znajdziecie się ponownie na parkingu.
Z braku czasu wybraliśmy środkową propozycję, i popędziliśmy przed siebie w nadziei, że zdążymy jeszcze coś upolować dla matryc naszych aparatów fotograficznych – zanim zmierzch zmieni się w zmrok. Coś tam zdążyliśmy, ale na moich zdjęciach nie zobaczycie zachwycających widoków znanych z internetu – by osiągnąć fotografię ocenianą na 8/10 trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość i poczekać na odpowiednie słońce, chmury i łut szczęścia. Szczerze mówiąc to pstrykałem na ślepo, by mieć cokolwiek na karcie pamięci. Myślę jednak, że miejsce ma ogromny potencjał – poszukajcie w sieci samodzielnie, jako praca domowa.
Skąd decyzja o tym, żeby przyjechać – nawet pomimo późnej pory – do Torcal de Antequera? Cóż, wszystkie obiekty UNESCO na świece same się nie odwiedzą. I tutaj małe zaskoczenie – choć z nieznanych przyczyn informacja jest niezbyt eksponowana, to obiekt ten znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO; został tam wpisany stosunkowo niedawno, bo w 2016 roku. Jest to jednak dość dziwny wpis, i już Wam tłumaczę dlaczego.
Imienniczką Torcal de Antequera jest leżące siedem kilometrów na północ od parku miasteczko Antequera. Nie pytajcie mnie, czy park nazwano od miasteczka – czy miasteczko od parku; nie wiem. Istotne, że w miasteczku tym znajdują się niezwykłe dolmeny – czyli prehistoryczne kamienne, podziemne grobowce przykryte kopcami ziemnymi. I to właśnie one otrzymały jako ważny kawałek historii ludzkości ów wpis do UNESCO.
Podczas wędrówek po górach badacze odkryli jednak pozostałości dolmenów także na terenie Torcal de Antequera; choć przyznać muszę, że trzeba wykazać się niesamowitą wyobraźnią by to, co odkryli uznać za dzieło ludzkich rąk. Korzystając z mojej wrodzonej upartości dotarłem do owych zabytków pośrodku parku: gdyby nie to, że zostały ogrodzone i podpisane, to w życiu bym nie pomyślał, że patrzę na coś więcej niż zwykła sterta kamieni.
W rzeczywistości jest to zresztą właśnie sterta głazów; w jaki sposób stwierdzono, że w otoczeniu kilkunastu tysięcy innych kamiennych kopców i ostańców te właśnie trzy są dolmenami? Nie mam zielonego pojęcia – ale wierzę na słowo. Tak czy inaczej Torcal de Antequera zostało 1/4 wpisu UNESCO pod wspólną nazwą Antequera Dolmens Site.
I wiecie: to nie są moje pierwsze dolmeny w życiu. Takimi obiektami interesuję się już dobre kilkadziesiąt lat, widziałem ich setki w nadspodziewanie wielu krajach. Tym się jednak różni profesjonalista – archeolog od sympatyka – miłośnika, że nic mu nie umknie w gęstwinie skał. Żeby Wam to wyraźniej wyjaśnić zrobię mały konkurs: na którym ze zdjęć towarzyszących temu artykułowi widać owe dolmeny UNESCO wzniesione ludzką ręką? Nie mówcie, że tego nie widzicie, przecież to oczywiste !!! Dla każdej osoby, która wskaże prawidłową skałę – mam nagrodę – cukierek.
Torcal de Antequera najlepiej zwiedzać zimą, bo hiszpańskie słońce w środku turystycznego lata musi tu ciąć kosą niczym słynna maszyna bojowa Leonardo da Vinci. Na zwiedzenie należy przeznaczyć kilka godzin; chyba, że nie macie wyboru i możecie to zrobić wyłącznie błyskawicznie niczym studia na Kolegium Tumanum – wtedy wybierzcie najkrótszy szlak, i ogarniecie się w 30 minut. Co ważne wstęp do parku jest bezpłatny, podobnie zresztą jak parking. Po terenie poruszać się można w dość dowolny sposób, nie widziałem zakazów zejścia z wyznaczonych szlaków. Niemniej warto trzymać się wyznaczonych ścieżek, choćby mniej-więcej, bo jak mawiają Wikingowie: w wiele miejsc łatwo jest wpłynąć, ale wypłynąć już dużo trudniej.
I na koniec tradycyjna ciekawostka: na tutejszych skałach możecie spotkać wygrzewającego się węża o nazwie Malpolon monspessulanus – w bardziej ludzkiej wersji zwanego Wężem Montpellie. Jak podają przewodniki jest on uwaga – ŁAGODNIE JADOWITY. Przymiotnik łagodny zawsze kojarzył mi się z łagodną pogodą, łagodnym podbiegiem, czy łagodną karą za przekroczenie prędkości podczas jazdy samochodem. Okazuje się jednak, że ugryzienie jadowitego węża też może być łagodne. Myślę, że Was uspokoiłem!
I tyle. Kolejny zabytek UNESCO zaliczony. Jeszcze około cztery tysiące.