Możecie powiedzieć: ale przecież nie ma takiej klasyfikacji. Cóż… myślę, że właśnie powstała – a dzięki moim ponad 150 startom na dystansie 42 km+ (w 86 krajach) czuje się uprawniony do tego, by ten niezbyt chwalebny tytuł mieć prawo przyznawać. Konkurenci? Biegałem w Senegalu, gdzie dym z palonych na poboczu trasy plastikowych butelek zasłaniał niebo. Startowałem w maratonie w pakistańskim Karaczi, którego trasę poprowadzono wzdłuż wybrzeża Oceanu Indyjskiego pełnego fekaliów spływających z 20-milionowej metropolii. I biegałem także w legendarnym maratonie w Katmandu – w stolicy Nepalu – gdzie trasę poprowadzono autostradami przy otwartym ruchu ulicznym; wśród spalin powodujących nieodparty odruch wymiotny. Żadna z tych imprez nie dorównuje jednak temu, czego doświadczyłem w Colombo na Sri Lance.
Maraton w Colombo nie był organizowany od 2018 roku. W latach 2019-2020 bieg ten nie odbywał się ze względu na zamachy terrorystyczne z 21 kwietnia 2019 roku, w których zginęło 269 osób – w tym 46 cudzoziemców – zaś edycje z lat 2021-2024 nie odbyły się ze względu na globalną pandemię. W 2025 roku impreza została przeprowadzona lokalnie, bez oficjalnych wynikach. Warto wspomnieć, że początkowo – w latach od 1998 do 2003 – maraton rozgrywany był rotacyjnie w różnych miastach Sri Lanki, co było ciekawym pomysłem na promocję kolejnych regionów kraju. Nie mniej od 2004 roku bieg ten na stałe zagościł w Colombo, w największym mieście wyspy.
Kiedy pojawiła się oficjalna informacja, że jesienią 2026 roku będzie można zdobyć „maratońsko” Sri Lankę, w globalnym środowisku biegaczy zagotowało się – zwłaszcza wśród takich jak ja biegowych kolekcjonerów krajów. W końcu będzie okazja wystartować na Łzie Indii, na Wyspie Cynamonowej, w Serendip – na jednej pereł Oceanu Indyjskiego !!!
Z kilkutygodniowym wyprzedzeniem rzuciłem się w wir planowania. Na kilkanaście dni przed wyjazdem rozsypała mi się niemal zupełnie wyjazdowa ekipa; z czterech planowanych członków zostało nas tylko dwóch – w tym niebiegający „szwager”. Nie zraziło mnie to jednak, gdyż wiedziałem, że na wyspę wyrusza niezależnie kilku innych biegaczy z Polski – i rzeczywiście na starcie królewskiego dystansu 42 kilometrów znalazło się aż sześciu reprezentantów Biało-Czerwonej. Liczba ta nie robi może wrażenia, ale pamiętajmy, że metę osiągnęło zaledwie 72 mężczyzn i 14 kobiet. Kolejne 46 osób ukończyło półmaraton, 81 osób bieg na dystansie 10 km i 89 najkrótszy z dystansów – 5 km. Liczbę finiszerów należy czytać z lekkim przymrużeniem oka… ale o tym na końcu mojej relacji.
Ze względu na typowe dla położonej w pobliżu równika wyspy warunki atmosferyczne start wyznaczono na godzinę 05:00 rano. Nie będzie chyba przesadą gdy napiszę, że już na linii startu organizatorzy słabo radzili sobie z technicznymi aspektami imprezy; w zgromadzony tłumek biegaczy co chwila wjeżdżały samochody i autobusy, nad którymi nikt nie miał żadnej kontroli.
Otwarty ruch samochodowy okazał się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów tego biegu: już po kilkuset metrach skończyła się jakakolwiek rozdzielność pomiędzy pojazdami a biegaczami. Do samej mety lawirować trzeba było pomiędzy tuk-tukami, motorami, samochodami osobowymi oraz autobusami i potężnymi ciężarówkami z naczepami. Tutejsi kierowcy nie mają żadnych wątpliwości co do tego, do kogo należą drogi – bez zbędnych ceregieli jeździli pomiędzy sportowcami. Nikt z lokalnych biegaczy nie zwracał na to uwagi, więc myślę, że to standard – jeżeli jechał samochód, to po prostu trzeba było uciekać w myśl zasady, że większy ma pierwszeństwo.
Od czasów gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę Colombo (Kolombo), zawsze wydawało mi się, że największe miasto Sri Lanki to jakieś piękne i magiczne miejsce – coś jak wróżka-zębuszka, palma kokosowa, wata cukrowa czy skaczące nad falami przyjazne delfiny. Podczas maratonu ten stereotyp brutalnie zweryfikowało życie: Colombo okazało się wstrętnym, brudnym i śmierdzącym ponad przeciętność śmietniskiem. To miasto możecie wrzucić do jednego garnka z indyjskimi koszmarami sennymi; w towarzystwie najbardziej ohydnych miast świata zostałoby ono co najmniej kapitanem, a może i pułkownikiem.
Trasa maratonu w Colombo rozpoczyna się w centrum miasta, i szybko kieruje uczestników na peryferia. Nie jest to pętla – meta biegu znajduje się 42 kilometry dalej, na północ od stolicy, w leżącej nad brzegiem oceanu turystycznej miejscowości Negombo. O ile pierwsze kilometry pokonuje się w korkach, w otoczeniu motoryzacyjnego hałasu, to dalej jest… tylko gorzej. Gdzieś w okolicy szóstego kilometra do smrodu wydobywającego się z samochodowych rur dołącza słodki odór poboczy: pochodzący z tego, co ludzie wyrzucili lub wydalili – z gnijących odpadków, ze stert śmieci, z płonących o poranku folii oraz z zepsutej żywność wymieszanej z fekaliami. Żeby zadbać o porządek wszystko to jest ochoczo puszczane z dymem przez lokalnych mieszkańców – by uleciało sobie w siną dal.
Są też miejsca szczególnie urocze: na przykład w okolicy 10 kilometra trasa maratonu przebiega obok przetwórni ryb, która wszelkie odpady wyrzuca wprost za płot, tworząc pod nogami przechodniów istne sterty rybich resztek na których żerują stada bezpańskich much. W tym miejscu moje ciało pękło: niemal straciłem wzrok od smrodu, od intensywnej woni amoniaku, od gryzącego dymu przypominającego pożar składowiska starych opon. Moje oczy łzawiły, zaczerwieniły się i spuchły.
Ja rozumiem, że gdzieś na trasie może brzydko pachnieć: ktoś puści bąka, wdepnie w świeżą psią kupę, komuś wybije szambo na podwórku lub zwróci się wczorajszy nieświeży obiad. Z definicji tego typu awarie są jednak lokalne: ciągną się przez kilkadziesiąt metrów, czasem może przez dwieście czy trzysta. Tymczasem na maratonie w Colombo wyciskający łzy i drapiący gardła niczym druciana szczotka fetor towarzyszył nam przez dobrych dwadzieścia kilometrów. Nawet kiedy opuściliśmy przedmieścia i biegliśmy wzdłuż malowniczego (w teorii) Hamilton Canal, nie mogliśmy liczyć na ulgę. Owa „rzeczka” okazała się ściekiem o konsystencji zjełczałego masła: odór bijący od zanieczyszczonej wody uzupełniały płonące wzdłuż brzegu śmieci oraz zdechłe w mniejszym bądź większym stopniu ryby. Brakuje mi słów by oddać skalę tego zapachowego Waterloo, więc zapraszam Was na film.
W końcu jednak każdy smród musi mieć swój koniec, i w okolicach półmetka paraliżujące zapachy dławiące nasze płuca zaczęły ustępować. Niestety nie był to kres udręki: nadeszły dwie kolejne plagi egipskie – zabójczy upał oraz… porzucenie przez organizatorów.
Kiedy po dwóch godzinach od startu słońce stało już dostatecznie wysoko, by rozgonić ostatnie mgły, zaczęła się termiczna rzeź. Temperatura przebiła 35 stopni, a że słońce w pobliżu równika wznosi się w zenicie, to przed naszą dzienną gwiazdą próżno było szukać schronienia w cieniu. Po raz pierwszy w życiu obawiałem się, że mogę dostać udaru cieplnego; porzuciłem jakiekolwiek próby biegu czy choćby truchtu, i przeszedłem na o wiele bezpieczniejszy w takich warunkach marsz.
Wkrótce po półmetku zniknęły z trasy także jakiekolwiek oznaki istnienia organizatorów maratonu: nie było ani punktów z wodą, ani znaków wskazujących dalszy kierunek biegu. Nie było to może dużym kłopotem do 34 kilometra, gdyż biec należało cały czas prosto przed siebie – jedyną asfaltową drogą wiodącą wzdłuż oceanu – ale później wbiegało się do miasta Thaladuwa będącego typowym gęsto zabudowanym mieszkalnym tyglem. Labirynt dróg prowadzących w każdym kierunku, setki aut krążących wokół biegacza niczym rekiny… i żadnych oznaczeń trasy biegu.
Co gorsze ze względu na niewielką liczbę uczestników nie można było nawet biec za kimś, kto znał drogę, bo rozciągnięci uczestnicy maratonu nie mieli już ze sobą kontaktu wzrokowego. Należało wybierać trasę na tzw. czuja, licząc na szczęście – brak kibiców powodował, że nie było nawet kogo spytać o orientacyjny choć kierunek do mety: przechodnie nie wiedzieli zupełnie o co chodzi. W efekcie zaledwie na kilometr przed metą usiadłem zrezygnowany na chodniku i zastanawiałem się, co teraz; dopiero wracający pieszo z mety jakiś biegacz powiedział mi, że już prawie jestem – że teraz tylko prosto, w prawo, w lewo, przy żółtej fladze znowu w lewo i meta!
Czas na podsumowanie. Czy warto wystartować w maratonie w Colombo?
Oczywiście, że tak !!! Przyznaję, że nie pamiętam niczego z 70 procent ukończonych przeze mnie maratonów – zwłaszcza z tych, które były doskonale zorganizowane. Nie pamiętam imprez, na których były tłumy kibiców, kiełbasa na mecie (mięsna lub wegańska do wyboru!), szatnie, prysznice i dobrze oznaczona trasa. Zapominamy organizatorów, którzy niczym chirurdzy skrupulatnie całymi miesiącami planowali trasę, by była możliwie łatwa i przyjazna uczestnikom – bez podbiegów, bez nawrotów, bez utrudnień.
Start w doskonale przygotowanym organizacyjnie maratonie potrafi przypominać owsiankę. Jeżeli biegaliście w maratonach w Warszawie, Krakowie czy Toruniu, to koniecznie musicie przylecieć także na Sri Lankę i pobiec w Colombo – by zjeść krwawy stek, który nie przeszedł żadnych badań weterynaryjnych. Kiedy na starość usiądziecie przy ognisku z wnukami, to Wasze dwa ostatnie sprawne neurony będą pamiętały, że start w Colombo był przygodą życia! Nigdzie indziej tak nie śmierdziało, nigdzie indziej tak nie paliło, nigdzie indziej tak dużo nie błądziliście na biegu ulicznym! Po co robić w życiu rzeczy łatwe i miłe, skoro można robić… dziwne?
Wiecie jak to jest: na zwykłym maratonie jak się przewrócisz, to zaraz ktoś ci pomoże – poda rękę, opatrzy ranę, przyniesie wody. Kiedy jednak przewrócisz się na maratonie w Colombo, to najpierw przejedzie po Tobie ciężarówka, a potem dzikie psy zaciągną Cię do pobliskiego rowu. Będziesz tam leżał tak długo, aż zbierzesz się w sobie, wstaniesz, ogarniesz swoje życie i pobiegniesz dalej. Nie ma wybacz, nie ma sorry – jesteś tylko Ty i 42 kilometry do pokonania.
Zwycięzcy Colombo Marathon 2026:
1. Elias Muthoni, KEN – 02:18:18
2. Meshack Nderitu, KEN – 02:20:07
3. Eauc Rupasinghe, Sri Lanka – 02:24:08
Gratulacje dla pozostałych chłopaków z Polski !!
25. Szymon Drab – 04:22:15
26. Arkadiusz Babij – 04:28:43
32. Maciej Rakowski – brak czasu
55. Wojciech Machnik – brak czasu
62. Michał Walczewski – brak czasu
??. Mariusz Rosiak – brak czasu
PS.1 – Po 4 godzinach i 48 minutach organizatorom znudziło się na mecie mierzenie czasu (choć na metę wbiegło dopiero 31 z 72 finiszerów). Resztę biegaczy wpisali do wyników na oko: jako-tako, oby byli – bez żadnego czasu.
PS.2 – Na start zabierzcie ze sobą pieniądze; to jedyny sposób by zdobyć coś do picia gdy po półmetku znikną ostatnie punkty z wodą. Wypatrujcie wtedy malutkich wiejskich sklepików wyposażonych w działającą lodówkę (większość sklepików jej nie ma) – i tam spróbujcie kupić coś zimnego do picia.
PS.3 – Ze względu na trasę prowadzącą z punktu A do punktu B musicie wybrać – czy wolicie mieć blisko z hotelu na start, czy blisko z mety do hotelu. Ja wybrałem tę drugą opcję, i był to bardzo dobry wybór.
PS.4 – Organizatorzy udostępniają tylko ogólną mapę trasy, bez pliku gpx który można wgrać do zegarka. Warto więc mieć ze sobą telefon, by zwłaszcza na ostatnich dziesięciu kilometrach nie zgubić się więcej, niż należy.
I tyle.