Położony w Ameryce Środkowej Park Narodowy El Boquerón reprezentuje dość rzadką kategorię parków: choć jest niewielki powierzchniowo (zajmuje zaledwie dwa kilometry kwadratowe), to o jego niezwykłości stanowi miejsce, w którym został umiejscowiony: szczyt wulkanu o nazwie San Salvador. Wulkan ma pięć kilometrów średnicy, a jego główna kaldera nieco ponad półtora kilometra; głębokość dochodzi zaś do 558 metrów. Jeszcze rankiem 7 czerwca 1917 roku w miejscu kaldery znajdowało się jezioro Boquerón, w którym okoliczni rolnicy kąpali się i łapali sprowadzone specjalnie ryby; były to ostatnie chwile istnienia tego bajecznego zakątku – wieczorem ich świat uległ całkowitemu zniszczeniu.
W środę 6 czerwca ziemia zaczęła wydawać groźne pomruki. Okoliczni mieszkańcy odczuli pierwsze lekkie wstrząsy – lecz nie wzbudziły one większych obaw; tego typu zdarzenia są w położonym na styku płyt tektonicznych Salwadorze niemal codziennością. To efekt pracy tzw. Łuku Wulkanicznego spinającego całą Amerykę Środkową; składa się on z trzech zasadniczych części: depresji nikaraguańskiej, uskoku Salwadoru oraz uskoku Jalpatauga. Szacuje się, że tutejsze płyty tektoniczne przesuwają się względem siebie nawet o 1.1 centymetra rocznie.
W czwartek mieszkańcy stolicy i okolicznych wiosek wyszli z domów uczestniczyć w procesjach Bożego Ciała – i gdyby właśnie wtedy doszło do kataklizmu, najprawdopodobniej ofiar byłoby dużo mniej. Niestety ziemia zatrzęsła się dopiero wieczorem o godzinie 18:55 – w chwili, gdy większość mieszkańców wróciwszy do domów gromadziła się na wspólny wieczorny posiłek.
Pierwszy wstrząs miał siłę 6.7 w 9-stopniowej Skali Richtera. Choć tej wielkości trzęsienia ziemi występują na naszej planecie nawet do stu razy rocznie, to lokalizacja epicentrum w pobliżu dużego miasta sprawiła, że ofiar było bardzo dużo. Zniszczeniu uległo kilkaset domów, a mieszkańcy którzy uszli z życiem, rzucili się ratować pogrzebanych w ruinach. I wtedy właśnie – zaledwie piętnaście minut po pierwszym kataklizmie – nadszedł wstrząs wtórny o niewiele mniejszej sile 6.3 stopnia. Nadwyrężone pierwszym wstrząsem budynki zapadały się jak domki z kart wprost na głowy tych, którzy ratowali swoich bliskich.
Ofiary śmiertelne były w miastach Santa Tecla, San Julian, Sacacoyo, Tepecoyo, Ateos, Caluco, San Vincente – i oczywiście w metropolitarnym San Salvador. Jak zapisano w miejscowych kronikach straty oszacowano na „80 ze 100 każdych domów„; w samej stolicy zawaliło się 9 tysięcy budynków, a ostało zaledwie dwieście. O godzinie 19:30 – czterdzieści pięć minut po pierwszym wstrząsie i 25 minut po drugim – ziemia zatrzęsła się po raz trzeci dopełniając obrazu zniszczeń. I choć wydawało się, że to już koniec nieszczęść – że nic więcej wydarzyć się nie może – było to zaledwie preludiom nadchodzącej katastrofy…
Osiem kilometrów na zachód od centrum miasta San Salvador (mniej niż cztery kilometry od rogatek miasta) wznosi się niezbyt okazały wulkan o tej samej nazwie – San Salvador. Nie jest on gigantem; ot po prostu jeden z setek niedużych wulkanów, których jest pełno w całej Ameryce Środkowej. Okazjonalnie wydobywają się z niego kłęby dymów, ale choć aktywny to uważany był za bezpieczny. Owa umiarkowana aktywność gwarantowała, że wewnętrzne ciśnienie podziemnej komory magmowej zawsze było systematycznie rozładowywane tak, by erupcje były niewielkie. Tym razem jednak stało się inaczej.
Wstrząsy podziemne naruszyły delikatną strukturę wulkanu. O godzinie 20:11 na zboczu jednego ze stożków pojawiła się szczelina, która w szybkim tempie zaczęła się powiększać. Pojawiła się rozgrzana do czerwoności lawa, której zaczęły towarzyszyć popioły i pióropusze dymów. Kilka minut później komora magmowa eksplodowała, a w dół zboczy wulkany zaczęły pędzić jęzory lawy o szerokości 8 kilometrów.
Erupcja spowodowała wyrzucenie w powietrze 800 tysięcy metrów sześciennych skał, które zaczęły uderzać w płonące miasto. Po chwili zjawisku temu zaczęła wtórować schodząca ze zboczy lawina piroklastyczna o szerokości czterech kilometrów i długości sześciu i pół kilometra. Całości obrazu narastającego piekła dopełniły trujące dymy wciskające się w każdy zakamarek terenu wymieszane z trującym siarkowodorem. Część mieszkańców została odcięta przez lawę i zginęła spalona żywym ogniem.
Erupcja wulkanu trwała do wieczora 10 czerwca, czyli przez niemal trzy doby. Powierzchnię pola lawowy oceniono na 16 kilometrów kwadratowych; na tym obszarze zginęło wszystko, co było żywe. Ocenia się, że na skutek wywołanej trzęsieniem ziemi działalności wulkanu zginęło kolejne 1100 osób. Łączna liczba ofiar przekroczyła więc znacznie dwa tysiące osób (prawdopodobnie ofiar było więcej, lecz w tamtych czasach nie prowadzono tak dokładnych szacunków, nie odnotowano także liczby rannych) – a kataklizm zaliczany jest dziś jako drugie pod względem skali zniszczeń trzęsienie ziemi w historii Salwadoru. Ustępuje ono tylko wielkiemu trzęsieniu ziemi z 1986 roku, kiedy to zginęło półtora tysiąca osób (10 tysięcy kolejnych odniosło rany, a utraciło na stałe swoje domy dwieście tysięcy)
Jezioro Boquerón – które jeszcze rankiem 7 czerwca znajdowało się wewnątrz kaldery wulkanicznej – całkowicie wyparowało; nie pozostał po nim nawet najmniejszy ślad. O dziwo sama kaldera przetrwała, a na jej dnie powstał nowy stożek o wysokości kilkunastu metrów, znany dziś jako Boqueroncit.
Dziś, w ponad sto lat po katastrofie, miejsce to można zwiedzać pieszo dzięki otwartemu na zboczach wulkanu bohaterowi mojego artykułu – Parkowi Narodowemu El Boquerón. Wchodząc po drewnianych schodach wspinamy się na wysokość około 1800 metrów, by przespacerować się wzdłuż krawędzi krateru. Przez zbocze prowadzi szlak turystyczny, ale trzeba zachować ostrożność – ściany kaldery są niemal pionowe. Całość pokrywa dziki pierwotny las, pełen ptaków oraz egzotycznych kwiatów.To pokaz siły natury, która w szybkim tempie powraca na zniszczone tereny. Wielka dziura w ziemi nie jest jednak nazbyt fotogeniczna – porośnięta roślinami nie mieści się w kadrze aparatów fotograficznych.
Na dno kaldery niestety nie ma zejścia, zbyt mało czasu upłynęło od erupcji by jej ściany uległy erozji. Schodzą tam wyłącznie naukowcy oraz strażnicy parku – zjeżdżając na linach. Z punktów widokowych rozpościera się piękna panorama stolicy Salwadoru, wraz z widokiem na kolejne wulkany. Do parku można dojechać taksówką za odpowiednich zaledwie kilku złotych – z miasta jest tu bardzo blisko. Mała odległość wulkanu od miasta, która kiedyś stała się przyczyną śmierci tylu osób, dziś ułatwia zwiedzanie…
Niestety wulkan San Salvador nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa. Jego kolejna erupcja jest tylko kwestią czasu.