Trzynastego dnia mojej podróży po Azji (2 lutego 2020) wystartowałem w maratonie w Kalkucie (Indie). IDBI Federal Life Insurance Kolkata Full Marathon ukończyłem w niezbyt wyśrubowanym czasie 04:07:52. Narzekać jednak na ten wynik nie mogłem – kilka dni wcześniej biegłem maraton w Dubaju, a tam było dużo, dużo wolniej. Najważniejsze było to, że INDIE ZDOBYTE !!! Przy okazji był to także mój mały jubileusz – Indie stały się to 42 krajem w którym ukończyłem maraton…

Przygoda z maratonem w Kalkucie zaczyna się już w momencie pierwszej próby zapisania się. Okazało się, że nie jest to takie proste zadanie – strona internetowa organizatorów była całkowicie nieaktualna, wyświetlała np. banery z 2018 roku. Linki do zgłoszeń natomiast… nie działały. Tzn. działały, ale… tylko dla mieszkańców krajów z SAARC (czyli Indii, Pakistanu, Nepalu, Bhutanu i Sri Lanki) Gdy próbowałem użyć linku do zapisów dla uczestników zagranicznych – to link prowadzi na szesnastą Planetę Układu Słonecznego, czyli w kosmos… Jednym słowem nerwy, bo do maratonu było już coraz bliżej, bilety lotnicze kupione, a ja niezapisany. Oczywiście ze strony organizatorów nikt nie odpisuje na maile, co jak okazało się później – jest standardowym hinduskich działaniem. Gdy w końcu organizatorzy mi odpisali to… podali link, który i tak nie działał.

W końcu jednak pewnego dnia link zadziałał, i udało się zapisać. Stres jednak za sprawą biletów lotniczych i innych już poczynionych wydatków był spory. Radości, że udało się zapisać na maraton w Kalkucie nie przykrył nawet fakt że musiałem zapłacić 4 razy drożej niż lokalsi. To – niestety – coraz bardziej popularna praktyka w świecie maratonów. Temat na osobny artykuł.

Podczas samego maratonu sporym wyzwaniem było zaplanowanie wodopojów. Indie słyną z różnych „zarazków” których nie lubią europejskie organizmy. Podczas całego wyjazdu bardzo na to uważaliśmy, podczas biegu było o to jednak dużo trudniej. Nie bardzo byłem przekonany jak się zachować ale ostatecznie postanowiłem nie używać na maratonie żadnych punktów odżywiania zapewnionych przez organizatorów. W tej decyzji pomogło mi to co zobaczyłem dzień wcześniej w Biurze Zawodów. Szczegóły znajdziecie na filmie.

Biegłem więc z „własną logistyką”: z plecakiem plus szwagrem stojącym na rondzie które podczas maratonu obiegaliśmy czterokrotnie. Jak się okazało na trasie, na punktach początkowo była tylko woda butelkowana – ale podawana już odkręcona. Dalsze punkty odżywiania były bogaciej zaopatrzone, ale zlokalizowano się często obok… śmietników. Zaś wolontariusze podawali jedzenie i obrane banany… gołymi rękami: w sensie nie na tackach, ale… prosto z łapki!

Więc pamiętajcie: jeżeli będziecie biegać w Indiach, to wszystko co Wam podczas biegu potrzebne lepiej mieć na własnych plecach. Wszystko pięknie, ale jak ktoś kiedyś w krajach egzotycznych zaraził się jakąś bakterią, ten wie, jak taka zabawa smakuje.

Podsumowując: maraton przez swoją egzotykę jest piękny. Nie należy porównywać go do innych wielkich maratonów na świecie. To zupełnie inny bieg – bieg, na który się nie wróci, ale który ten jeden jedyny raz warto pobiec. Pobiec i pooglądać jak Kalkuta budzi się rankiem ze snu.