Każdemu podróżnikowi zdarzyło się kiedyś natrafić na jakieś wymarłe dawno, dawno temu miasto. Takie, którego mury zmęczone setkami lat bezowocnego oczekiwania na nowych mieszkańców chylą się już ku ziemi. Zmurszałe ściany, zapadłe dachy, wyschnięte studnie. Budynki wpatrujące się w niebo dawno temu utraconymi okiennicami. Przemierzając opustoszałe ruiny czujemy niepowtarzalny klimat setek lat osamotnienia. Co byście jednak powiedzieli na wioskę, która sprawia wrażenie opuszczonej zaledwie przed chwilą?

Na takie miejsce natrafiliśmy podczas poszukiwań jednej z setek rozsianych po bezdrożach Bałkanów tzw. stećci. Czym jest stećci? To średniowieczne kamienne płyty nagrobne lub marmurowe bloki stawiane na grobach ówczesnych czym znaczniejszych osób i rodzin. Bogato zdobione – choć surowe w swoim pięknie budowle – rozsiane są po całym terytorium dzisiejszej Bośni, Serbii, Czarnogóry i Chorwacji. Cmentarne kompleksy stećci doczekały się nawet uznania społeczności międzynarodowej i w 2016 roku trafiły na listę dziedzictwa UNESCO.

Wiele stećci przeniesionych zostało na zbiorcze cmentarze i do muzeów – dla ich bezpieczeństwa i ochrony. My jednak postanowiliśmy odszukać pojedynczy monument wciąż znajdujący się wysoko w dzikich, bośniackich górach – w okolicach miejscowości Jablanica. Jego lokalizację próbowaliśmy uzyskać od miejscowych, ale było to dość trudne – wszyscy wiedzieli że tu jest, ale nikt nie wiedział w którym dokładnie miejscu. W końcu wyposażeni w szereg wskazówek, ruszyliśmy w kierunku górskiej wioski Dobrigošće – w okolicach której znajdować się miał podobno cel naszych poszukiwań.

Szutrowa droga pięła się w górę przez kilkanaście kilometrów roztaczając przed nami przepiękne panoramiczne widoki. Po godzinie jazdy dotarliśmy do drogowskazu informującego, że jesteśmy na miejscu. Wysiedliśmy poszukać „języka” by ustalić dalszy, już pieszy szlak. Przywitał nas stojący na samym wlocie do wsi pięknie zachowany egzemplarz samochodu Zastava 750. Pomarańczowy, woskowany, przygotowany jak na wesele. Wioska składała się z blisko stu zabudowań, a jej środkiem biegła polna, nieutwardzona dróg. Nic nie wskazywało na to, że stojąca Zastawa będzie jedynym śladem bytności człowieka jaki zobaczymy przez następnych kilka godzin.

Zaparkowaliśmy samochód nad przepaścią i zabezpieczyliśmy koła kamieniami by uniknąć zsunięcia się auta w dół. Martwiliśmy się, że blokujemy w ten sposób wjazd do wioski, bo „droga” miała na oko zaledwie trzy metry szerokości. Rozejrzeliśmy się na boki, by porozmawiać z mieszkańcami i zapytać czy możemy tutaj zatrzymać się na chwilę – woleliśmy nie wjeżdżać do środka wsi widząc, że może być problem z wycofaniem czy zawróceniem…

Nikogo jednak nie spotkaliśmy. Otaczały nas domy i niewielkie gospodarstwa wiejskie, jakich wiele już minęliśmy podczas naszej podróży. Malownicze kamienne ściany domów obrośnięte zielenią i kwiatami. Podwórka pełne domowych sprzętów, zagrody, tarasy, drewniane balkony i balustrady. Skąpana w soczystej roślinności, położona na zboczu góry wioska pięła się na kilku poziomach jak wszystkie inne górskie wioski świata. Pomiędzy kolejnymi gospodarstwami ciągnęły się kamienne schody, wąskie ścieżki i przejścia. W oknach wisiały firanki, w ogródkach rosły warzywa. Co chwilę trafialiśmy na ujęcie wody, działające krany i podwórka sprawiające wrażenie, że ktoś tu mieszka.

Nie spotkaliśmy jednak ani jednego człowieka.

Nie tylko jednak ludzi brakowało. Szybko naszą uwagę zwrócił fakt, że nie ma także charakterystycznych dla każdej wsi… zwierząt. Panowała niezmącona cisza. Żadnego psa, żadnego bydła rogatego. Żadnych kotów, owiec, kóz czy osłów. Żadnego dźwięku. Nie było słychać nawet ptaków.

Wrażenia spaceru po opuszczonej wiosce nie da się opisać słowami. Spędziliśmy w niej dobre dwie godziny, nim poddaliśmy się i uznaliśmy, że nikogo już nie znajdziemy. Otaczały nas pozamykane okiennice w których wciąż stały kwiaty. Większość drzwi była zamknięta na kłódki, jednak do sporej liczby domów wciąż można było wejść. Nie było to miejsce opuszczone dziesiątki czy setki lat temu – stojące na swoich miejscach sprzęty gospodarstwa domowego sprawiały wrażenie, jakby miejsce zostało opuszczone zaledwie kilka dni temu. Wyobraźcie sobie jakąś bieszczadzką wioskę, z której nagle zniknęli wszyscy mieszkańcy…

Biegnąca środkiem wsi droga rozdwajała się, wiła to w górę, to w dół. Każde z jej rozgałęzień wiodło jednak do takich samych, kolejnych opuszczonych domów i gospodarstw wkomponowanych w zbocze. W końcu polna droga skończyła się, definitywnie ginąc w gęstwinie krzaków, ogródków i sadów. Sadów, w których owocowały drzewa i ogrodów, w których rosły pomidory, dynie i sałaty. W jednym z ogródków znaleźliśmy rozstawiony drewniany stół, nakryty obrusem, a wokół niego czekające na biesiadników krzesła. Powinniśmy czuć niepokój, nieczęsto zdarza się przecież znaleźć w miejscu niczym z filmowego horroru. Jednak zieleń i piękne bałkańskie słońce sprawiały, że wioska emanowała sielanką. Jakby zapraszała, by skorzystać z jej uroków.

Zawróciliśmy i wybraliśmy jedno z odgałęzień drogi kierujące się na sam szczyt góry. Po kilkuset metrach znaleźliśmy cmentarz. Znaleźliśmy mieszkańców naszej wioski.

Pół godziny później usłyszeliśmy warkot silnika. Szutrową drogą nadjeżdżał, pnąc się mozolnie po podjazdach, jakiś stary samochód osobowy. Zatrzymaliśmy go. Wysiadł z niego starszy mężczyzna, i pokazał nam gdzie powinniśmy szukać naszego stećci. Okazało się, że byliśmy już blisko, zaledwie kilkaset metrów od zagubionego na leśnej polanie, obrosłego pokrzywami i jeżynami, liczącego sobie kilkaset lat kamiennego grobowca.

Historia wioski nie została przez nas rozszyfrowana. Podczas wojny domowej trwały tutaj walki pomiędzy Serbami i Bośniakami (?), na szczycie góry – obok naszego grobowca – znajduje się ogrodzony zasiekami teren wojskowy. Poza zasiekami nie ma tam jednak niczego więcej. Napotkany kierowca opowiedział nam tylko, że te tereny podczas wojny były zasiedlone i ostrzeliwane. Zniszczeniu uległo wiele miejsc i cmentarzy, które zostały już pochłonięte przez gęsty las. Nie tłumaczy to jednak dlaczego domostwa wciąż sprawiają wrażenie  opuszczonych całkiem niedawno. Nie kilkanaście lat temu, ale jakby wczoraj.

W promieniach słońca wioska sprawia idylliczne wręcz wrażenie. Zdawałoby się, że spełnia się tutaj marzenie o koegzystencji natury i człowieka. Wiejska sielanka. Zdjęcia i film mam nadzieję, że pokażą Wam to z bliska. Nie odważyliśmy się jednak pozostać w tym miejscu na noc. Każdego wieczoru z cienia rzucanego przez historię, z mroków piwnic i zakamarków strychów wypełzać może prawdziwa opowieść o tej wiosce. Opowieść, której w ciemnościach nie chcielibyśmy wysłuchać.

Foto: Andrzej Sawiński

#Bośnia #Hercegowina #BiH #Stecci #Stećak #Stećci