Jestem biegaczem. Maratończykiem. Podróżnikiem. Takim turystycznym sportowcem szukającym nie tyle nowych wyzwań, co nowych doznań. Przez wiele lat wydawało mi się, że najbardziej egzotyczne maratony muszą być daleko: na Antarktydzie, Syberii, biegunach – gdzieś tam, hen, na Oceanie Spokojnym. Nie jest to jednak prawda, pokażę Wam dzisiaj, że egzotykę można znaleźć też znacznie bliżej.

Latem 2018 roku, dość przypadkowo, znaleźliśmy niezwykle zapowiadający się bieg, w dodatku całkiem blisko naszego kraju. Bieg rozgrywany jest na wyschniętym słonym jeziorze w Turcji. Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy zdjęcia z poprzednich edycji od razu wiedzieliśmy: jedziemy do Turcji!

Rok 2018 jest niezbyt odległy od dzisiejszego 2021, jednak turystycznie znajduje się w zupełnie innej epoce. Niemal każdego dnia, z niemal każdego lotniska w Polsce startowały samoloty i wiozły spragnionych słońca turystów na tureckie plaże. To były wspaniałe czasy: żadnych szczepionek, żadnych pandemicznych obostrzeń, żadnego przekopywania się przez covidowe regulacje stosowane w różnych krajach. Kwarantanna kojarzyła się raczej z kwantową fontanną niż z samo-uwięzieniem. Eh, stare dobre czasy…

Na zorganizowanie wyjazdu wystarczyło nam kilka dni. Wylecieliśmy w trójkę z Katowic, do położonego na południu Turcji turystycznego miasta Antalaya. Kto z Was tam nie był? Pewnie połowa czytających ten artykuł była. Lub była ich córka, poprzedni mąż z kochanką albo znienawidzona za ten fakt koleżanka z pracy. Kto ma krótką pamięć ten się teraz zdziwi, ale podróż nasza wyglądała tak: wsiedliśmy do samolotu i wysiedliśmy półtora tysiąca kilometrów później.

Dalej było już tylko łatwiej. Autobus, lokalny bus oraz krótki marsz – i wczesną nocą, zaledwie tydzień po odkryciu, że taka impreza w ogóle istnieje – znaleźliśmy się nad bezkresnym pustkowiem, w środkowej Turcji. Stanęliśmy nad teoretycznie wyschniętym jeziorem. O tym, że wyschło tylko teoretycznie, mieliśmy przekonać się już następnego dnia podczas zawodów. Zmierzchło już kilka godzin temu, więc rozbiliśmy przywiezione w plecakach namioty i poszliśmy spać.

Ranek przywitał nas rześkim chłodem i wschodzącym słońcem. Była szósta rano, dwie godziny przed startem do maratonu. Szybka toaleta, odbiór numerów startowych w dużym namiocie stanowiącym biuro zawodów… i zdziwienie „gdzie jest to jezioro”? Na północ od nas ciągnęło się pasmo niewysokich gór, a na południe bezkres. Tyle tylko, że bezkres ten nie był obiecaną na stronie internetowej biegu pustynią, lecz rzadką łąką miejscami poprzecinaną łachami wyschniętej na wiór ziemi.

Daleko na horyzoncie zamajaczyła mi falująca w coraz bardziej gorącym powietrzu tafla jeziora. Z miejsca w którym byliśmy niewiele więcej można było jednak zobaczyć. Jak się później dowiedzieliśmy będący sercem zawodów tymczasowy camp ze względów bezpieczeństwa wybudowano w nieco innym miejscu niż początkowo planowano. Jakie było zagrożenie?

Tuz Gölü – bo taką nazwę nosi drugie co do wielkości jezioro w Turcji nad którym właśnie się znaleźliśmy – to okresowo wysychający, bezodpływowy zbiornik położony sto kilometrów na południe od stolicy Turcji, Ankary. Jezioro ma wymiary około 50 x 80 kilometrów, przy czym są one bardzo zmienne w różnych porach roku: największy zasięg jezioro ma wkrótce po wiosennych roztopach, gdy zasilające je górskie strumienie spływają w płytką dolinę. Wtedy, w zależności od wielkości opadów, jezioro potrafi mieć nawet cztery metry głębokości. W lato zaś wysycha, czasem do samego dna. I gdy wyschnie, pokazuje swoje najpiękniejsze oblicze: po bezkres horyzontu ciągnie się biała, płaska, pozbawiona życia solna pustynia.

Na kilka dni przed naszym przyjazdem w okolicznych górach spadł deszcz. Spływająca z gór woda ponownie zaczęła napełniać wyschnięty zbiornik; i dlatego właśnie organizatorzy zmuszeni byli przenieść lokalizację biura zawodów nieco dalej. Zmianie uległa niestety także trasa biegu, który początkowo miał być rozegrany na jednej 42 kilometrowej pętli. Ponieważ przewidywana głębokość warstwy świeżej wody była trudna do oszacowania, trasę poprowadzono bliżej brzegu tak, by możliwa była szybka ewakuacja uczestników. Skrócono także pętlę – zamiast 42 kilometrowego okrążenia wytyczono tzw. agrafkę – 11 kilometrów prosto i nawrót. W ten sposób organizatorzy mogli w prostszy sposób nadzorować to, co działo się z biegaczami na trasie.

Jak łatwo policzyć maratończycy ową agrafkę musieli pokonywać dwukrotnie. Uczestnicy półmaratonu raz, a zawodnicy startujący na dystansie 80 kilometrów – czterokrotnie. Wyjątek stanowili ekstremaliści – ultramaratończycy rywalizujący na dystansie 100 mil (160 kilometrów). Dla nich został otwarty dodatkowy odcinek na środku pustynnego jeziora, dodatkowa pętla o długości 25 kilometrów. Ponieważ jednak było ich zaledwie kilkunastu, to możliwa była ich szybka ewakuacja poduszkowcem w sytuacji nagłego zagrożenia.

Wystartowaliśmy o godzinie ósmej rano, moim zdaniem zbyt późno. Można było wyznaczyć start na godzinę szóstą rano, o wschodzie słońca. Dzięki temu uniknęlibyśmy częściowo piekielnego upału, który wraz ze wznoszącym się szybko słońcem rozpalał dolinę do czerwoności. Bo musicie wiedzieć, że pomimo krajobrazu przypominającego zasypaną śniegiem Syberię, w rzeczywistości było bardzo gorąco. 

Pierwsze kilometry prowadziły solnym bagniskiem, płycizną, która gdy wody w jeziorze jest pod dostatkiem, stanowiła jego brzegi. Zapadaliśmy się po kostki w słonej mazi, ale radości i podnieceniu nie było końca – na horyzoncie, coraz bliżej nas, dostrzegaliśmy białą pustynię. W końcu wbiegliśmy na nią i postawiliśmy pierwsze kroki na grubej warstwie soli zalegającej dno jeziora.

Nie było to jednak rzeczywiste dno zbiornika. Odparowująca woda pozostawiała na powierzchni twardą warstwę soli tworzącą zewnętrzną skorupę. Pod tą kilkunastu-centymetrową warstwą znajdowała się płynna solanka. Powierzchnia pod każdym naszym krokiem uginała się w specyficzny sposób, przypominając nam gdzie jesteśmy.

Trasa biegu oznaczona była wbitymi w sól metalowymi tyczkami zakończonymi kolorowymi chorągiewkami. Rozstawione były one co około sto metrów. Obowiązkiem uczestników było trzymanie się wyznaczonej linii, patrolowanej przez organizatorów. Bywały nieliczne miejsca, w których tafla soli była naruszona; wtedy spoglądając w dół mogliśmy zobaczyć 2 metrową głębię płynnej solanki znajdującej się pod naszymi stopami. Gdyby wpaść w taki „przerębel” można byłoby się utopić dostając się pod solną krę.

Trzy kilometry dalej natrafiliśmy na wodę. Deszcz, który spadł dwie doby wcześniej właśnie spływał do jeziora strumieniami. Całe szczęście tym razem wody nie było tyle, by stanowiła zagrożenie. W najgłębszych miejscach sięgała nam do kostek. Biegło się w niej dziwnie, ale za to jakie przeżycie! Dwa metry solanki, na niej gruba skorupa solna, potem 3-5 cm wody i w końcu my, biegacze, na samej górze!

W najbardziej oddalonym od startu punkcie trasy znajdował się punkt żywieniowy. Można było tutaj napić się wody, uzupełnić zapasy, zjeść kawałek czekolady czy mandarynki, ewentualne skorzystać z pomocy medycznej. Zawracając patrzeliśmy z zazdrością na uczestników biegu na 160 kilometrów, którzy rozstawali się z nami i ruszali dalej, w samo serce białego piekła. To musiało boleć, ale i tak traktowaliśmy ich jak szczęściarzy.

Maraton opłaciłem ostrym bólem oczu. Biała tafla soli okazała się tak samo groźna jak śnieżna ślepota trapiąca himalaistów. Jednak to, co przeżyliśmy warte było tej ceny. Widoki kosmiczne, pozostające w pamięci na całe życie. Zupełnie nieznany bieg, gdzieś w sercu Turcji, absolutnie niereklamowany, okazał się jednym z najbardziej niezwykłych wydarzeń śmiało mogącym stawać w jednym szeregu z moimi maratonami na Antarktydzie, Bajkale czy Spitsbergenie. Różniło go tylko to, że zamiast mrozu był upał. Jakieś 40 stopni!

Na koniec tego artykułu muszę wspomnieć – by zachować dziennikarską rzetelność – że także w Polsce możecie poczuć przedsmak biegania po soli. Mowa o rozgrywanym na początku marca biegu w Kopalni Soli w Bochni (od pandemii nie odbywa się, czasowo zawieszony). Pod wieloma względami bieg w Bochni jest jeszcze bardziej niezwykły i egzotyczny niż ten w Turcji. Są pewne różnice: po pierwsze – nie jest to maraton, ale bieg 12-godzinny. Po drugie – jest to rywalizacja czteroosobowych sztafet. Ale są też podobieństwa: bieg rozgrywany jest w soli… w kopalni soli, 248 metrów pod poziomem gruntu. Chyba najbardziej niezwykły bieg na świecie! I to w Polsce, całkiem blisko.

Tę niezwykłą „pustynię” możecie zwiedzić także nie będąc biegaczami. Znajduje się ona w środkowej Turcji, więc dotarcie nad nią z turystycznych kurortów może być nieco uciążliwe. Ale warto. Można dojechać wynajętym samochodem, lub komunikacją autobusową do miasta Aksaray, i dalej już lokalnymi busami. Droga z Ankary biegnie nad samym brzegiem jeziora, więc wystarczy zaparkować samochód na poboczu by cieszyć się tym niezwykłym widokiem. Jest także muzeum. Spacerując po dnie jeziora, po wspomnianej solnej skorupie, należy zachować ostrożność pamiętając, co jest pod spodem. Poza terenami okolicznych kopalń soli dostęp do jeziora nie jest ograniczony i jest darmowy.

Ze względu na brak fotografa zdjęcia zamieszczone w artykule przedstawiają wybrane kadry z filmu.

#Tuz Gölü #Turcja #RunfireSaltLakeUltraTrail