W poprzednim odcinku wyprawy do Gambii pokazałem Wam jak przekraczaliśmy promem rzekę Gambia. Czas postawić sobie pytanie: po co chcieliśmy dostać się na jej północny brzeg? Naszym celem była maleńka wyspa leżąca około 30 kilometrów od ujścia Gambii do Atlantyku – Kunta Kinteh Island. Wyspa niezwykła z dwóch powodów: po pierwsze – była to Wyspa Niewolników. Po drugie: wielu historyków wskazuje, że była ona w połowie XVII wieku kolonią naszego kraju…

Do położonej pośrodku rzeki wyspy jako pierwsi dotarli Portugalczycy, którzy badali możliwość penetracji wnętrza Afryki poprzez spływające do Oceanu Atlantyckiego jej wielkie rzeki. Odkrytej wyspie nadali nazwę Wyspa Świętego Andrzeja, ale nie wzbudziła ona ich większego zainteresowania. Inaczej stało się sto lat później, gdy w 1651 roku dotarły tutaj wyprawa finansowana przez Księcia Kurlandzkiego, Jakuba Kettlera. Wyspa została ogłoszona kolonią Kurlandzką, a zbudowany na niej kamienny fort nazwano na jego cześć pomysłodawcy wyprawy – Fortem Jakuba.

Leżąca nad Bałtykiem, w zachodniej części dzisiejszej Łotwy Kurlandia była w tamtych czasach lennem Rzeczypospolitej i podlegała władzy Polskiego Króla – Jana Kazimierza. Króla słynnego choćby z kart powieści Henryka Sienkiewicza „Ogniem i Mieczem”. Stąd też liczne spekulacje, że de facto leżąca w sercu Gambii wyspa stała się – ze względu na podległość królewską – naszą kolonią. Niestety nic bardziej mylnego: władze Rzeczypospolitej zajęte wewnętrznymi problemami nie były zainteresowane zamorskimi wyprawami i podbojami. W efekcie wyprawę Jakuba Kettlera do Afryki sfinansowała Anglia – i to zakończyło „Polski” epizod w historii wyspy. Szkoda, gdyż w 1654 roku Kettler roku założył kolejną kolonię – tym razem Nową Kurlandię – na… Karaibach.

Zaledwie kilkanaście lat później, podczas przetaczającego się przez Rzeczypospolitą walca „Potopu Szwedzkiego” Kurlandia została podbita przez Szwedów, a Fort Jakuba na Wyspie Świętego Andrzeja pozbawiony kontaktów z macierzą został przejęty najpierw przez Brytyjczyków, a potem przez Francuzów. Rozpoczął się najczarniejszy okres historii wyspy – stała się ona faktorią handlową, w której główny towar stanowili czarnoskórzy niewolnicy. Jak podają różne źródła przewinęło się ich przez tę malutką wyspę od jednego do trzech milionów!

Na czym polegał „niewolniczy biznes” prowadzony na wyspie? To tutaj zwożono złapanych w środkowo-zachodniej Afryce niewolników. Byli przetrzymywani w niewyobrażalnie ciężkich warunkach, stłoczeni na niewielkiej powierzchni. Jak głosi legenda po wyspie chodzili wolno, sama rzeka była najlepszym z możliwych ogrodzeń. Co ciekawe strażnicy pozwalali odpłynąć wolno każdemu, kto odważył się wpław dotrzeć do odległego o trzy kilometry brzegu. Wartki nurt oraz krokodyle sprawiły, że udało się to zaledwie 117 śmiałkom. Każdy z nich na brzegu otrzymywał od żołnierzy papier zaświadczający, że jest wolny. 

Większość niewolników nie umiała jednak pływać. Ci, którzy pozostawali na wyspie byli utrzymywani w posłuszeństwie przez drastyczne kary. Zamykanie w dybach na całe dni czy przykuwanie łańcuchami do ścian to jedne z lżejszych. Jeżeli przeżyli odpowiednio długo, byli sprzedawani na przybijające do wyspy słynne statki niewolnicze przewożące ich na drugą stronę Atlantyku – na Karaiby i na plantacje obu Ameryk. Duża część niewolników nie przeżywała tych podróży umierając aż do połowy XIX wieku w ciemnych i pełnych chorób ładowniach.

Do dzisiejszych czasów na wyspie zachowały się niekompletne ruiny fortu oraz część kamiennych zabudowań w których przetrzymywano niewolników. Obecnie wyspa jest o prawie połowę mniejsza niż za czasów panowania Brytyjczyków i Francuzów – erozji uległa pod wpływem licznych powodzi i opływającego ją wartkiego nurtu rzeki Gambia. Pośrodku znajduje się małe mauzoleum oraz tablica pamiątkowa i kilka armat. Cały teren został wpisany na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO.

Wyspa Niewolników ponownie powróciła do świadomości europejczyków wraz ze słynną powieścią, a potem jej ekranizacją, pt. „Korzenie”. Głównym bohaterem jest złapany na terenie dzisiejszej Gambii niewolnik ze szczepu Mandika – Kunta Kinte, który właśnie z tej wyspy zostaje wywieziony do Ameryki. Co ciekawe, większość obecnych mieszkańców okolicznych wiosek – w tym i tej w której wypożyczyliśmy łódź by dostać się na wyspę wraz z przewodnikiem – nosi nazwisko Kinte. A przynajmniej tak twierdzą. Jak przyznał sam przewodnik, nazwiska tego używają raczej w celach „turystycznych” niż są jego właścicielami w rzeczywistości.  Pod wpływem powieści i filmu wyspie zostaje zmieniona także w 2011 roku nazwa – z pierwotnej na „Kunta Kinteh Island”.

Sam sposób dotarcia na wyspę jest typowo afrykański. Najpierw trzeba kupić bilety „wstępu do parku”. Trudno jednak określić do czego te bilety uprawniają – bo w tym przypadku park to wioska położona nad brzegiem rzeki, piękny baobab oraz pomnik niewolnika i zabytkowa armata. Transport na wyspę należy zorganizować sobie (czytaj: kupić) samemu korzystając z różnych propozycji mieszkańców. Jednocześnie jest się także proszonym dyskretnie o wsparcie muzeum oraz mieszkańców – „dalekiej rodziny Kunty”. Tzw. prawnuków jego braci, sióstr itd.jest całkiem sporo. Przy powrocie przyjacielscy wieśniacy podpowiadają także, żeby dać też bonus kapitanowi łodzi gdyż „to dobry człowiek, warto mu pomóc”. Gdy zgadzamy się na to, okazuje się że „sternik to też porządny człowiek, warto mu pomóc”. I tak w nieskończoność.

To Afryka 🙂